"Wydaje mi się, że historia, którą opowiadam jest dosyć typowa, bo każdy był, jest albo może znaleźć się w takiej sytuacji. Poczułem, że powinienem swoimi doświadczeniami podzielić się z ludźmi, ponieważ państwo zostawiło nas bezradnych. Uważam, że coś trzeba z tym zrobić. Dlatego nie widziałem powodu, żeby ukrywać się za fikcyjną historią" - powiedział Janusz Kondratiuk.

Najnowszy film w jego reżyserii pt. "Jak pies z kotem" to opowieść o skomplikowanych relacjach Janusza (Robert Więckiewicz) z jego starszym bratem Andrzejem (Olgierd Łukaszewicz). Gdy drugi z nich zapada na poważną chorobę, młodszy brat postanawia się nim zaopiekować. W nowej rzeczywistości będą musiały odnaleźć się również ich partnerki - Beata (Bożena Stachura) oraz Iga (Aleksandra Konieczna).

Scenariusz oparto na prawdziwej historii Janusza Kondratiuka (reżysera m.in. "Dziewczyn do wzięcia" oraz "Złotego runa") i jego zmarłego brata, Andrzeja Kondratiuka (reżysera m.in. "Wrzeciona czasu" i "Gwiezdnego pyłu"), oraz ich żon - Beaty Madalińskiej i Igi Cembrzyńskiej. Dziećmi filmowego Janusza są prawdziwe dzieci reżysera - Vera i Jan - występujące pod własnymi imionami.

Jak podkreślają twórcy obrazu, chorobie Andrzeja w "Jak pies z kotem" towarzyszą wyraźne, surrealistyczne wizje. Zdaniem reżysera filmu, są one typowe dla osób chorych, "są zmysłowe i tak wyraźne, że mogą mylić się z rzeczywistością".

"Kiedy starałem się tłumaczyć bratu, że coś tylko mu się wydaje, jego to irytowało, ponieważ on to widział, czuł, dotykał. Nauczyłem się, że zamiast wchodzić w konflikt z taką osobą, lepiej uwierzyć, że te wizje są prawdziwe" - podkreślił Kondratiuk.

W ocenie Kondratiuka, mimo że sama opowieść o śmierci jego brata "jest tragiczna, w życiu śmiech przeplata się z tragedią, i odwrotnie". "Opowiadałem o tym właśnie tak, żeby można było się pośmiać i wzruszyć. I sądząc po reakcji publiczności, to mi się udało" - powiedział twórca. Jak dodał, "dla reżysera to jest najtrudniejsze zadanie - zagrać na klawiszach pomiędzy gatunkami, pomiędzy dramatem a komedią - żeby jedno łagodnie przechodziło w drugie".

Na rolę wizji, które towarzyszyły odchodzeniu bohatera "Jak pies z kotem", zwróciła uwagę również aktorka Bożena Stachura. "W rozmowie ze mną Beata Madalińska przyznała, że te wizje w pewnym momencie bardzo mocno nakładały się na rzeczywistość. Andrzej miał dni kompletnej czystości umysłu, i wtedy był dla Beaty porywający. Jego odejście było dla niej tak ciężkie, bo nie odszedł człowiek przeciętny, tylko intelektualista, artysta, do końca trzymający swoją osobowość w garści; ona mu się tylko przez tę chorobę wymykała" - powiedziała Stachura.

Aktorka przytoczyła słowa Beaty Madalińskiej, która w pewnym momencie zaakceptowała świat wizji swojego szwagra. "W dni wymknięć Andrzej patrzył przez okno i mówił: +zobacz Beata, ile żab się na nas patrzy+. Beata patrzyła, a tam leżały liście. Powiedziała mi: +Kiedy raz jeszcze powiedziałam mu, że to są liście, spojrzał na mnie jak na osobę totalnie nie do rozmowy. Wtedy podjęłam decyzję; widziałam zamknięcie się i wiedziałam, że to nas oddala. I opowiedziałam: Tak, Andrzeju, to są żaby+" - opowiadała Stachura.

Jak zaznaczyła, "dalej rozmawiali o czymś innym, bardzo rzeczowo". "Po prostu ustalił z nią, że widzą to samo i uznał ją za partnera do rozmowy. Beata z Januszem zaczęli wchodzić w jego fantasmagorie po to, żeby go nie stracić" - wyjaśniła aktorka.

Stachura zwróciła uwagę na fakt, że wiele z ujęć, w których rodzina opiekuje się sparaliżowanym Andrzejem, nie było w pełni zaaranżowanych. "Sceny trudne wizualnie - sadzania Ola (Olgierda Łukaszewicza) na wózku, przewijania, podmywania - nie były omawiane, po prostu włączaliśmy maksimum empatii i robiliśmy to, co byśmy rzeczywiście zrobili w takim momencie. Wydaje mi się, że są tak wiarygodne, bo naprawdę musiałam intymnie dotknąć, umyć kolegę, który był w postaci; to, że on był cały oddany i zaufał reżyserowi do końca, spowodowało, że nikt z nas nie mógł się zdystansować" - podkreśliła aktorka. "Ja sama niewiele grałam. Ja po prostu naprawdę tam walczyłam" - zaznaczyła.

Jako przykład takiej sceny aktorka przytoczyła ujęcie, w którym sparaliżowany Andrzej wisi na poręczy łóżka, a Beata z Januszem próbują go na nie położyć. "W pewnym momencie zauważyłam, że poręcz wbija mu się w brzuch, więc krzyknęłam do Więckiewicza: uważaj, brzuch! Naprawdę ratowałam Olowi ten brzuch, bo miałam wrażenie, że połamiemy mu żebra. Wiele było scen, w których walczyliśmy z materią, i chyba tak to wygląda w życiu" - mówiła Stachura.

Aktorka zwróciła również uwagę, że na planie - wiele ujęć kręcono w prawdziwym domu Janusza Kondratiuka - stale obecne były Madalińska i Cembrzyńska. Jako ważny element w budowaniu autentycznej opowieści, wskazała również ukazanie na ekranie relacji Andrzeja Kondratiuka z synem Beaty, Mateuszem.

"W Kondratiukach jest coś takiego, że mężczyźni są dla nich ważni. Andrzej z Mateuszem mieli swoje plany, konszachty. To jak syn Beaty uruchomił się w tym trudzie, i fantazja, z którą oni się porozumiewali, było dla niej bardzo ciekawym i dużym przeżyciem" - mówiła Stachura. "Ta postać warta jest wspomnienia, bo chciałabym, żeby nasz film zainspirował młodych ludzi do tego, by w przyszłości nie oddawali swoich bliskich pod opiekę instytucji" - dodała aktorka. W jej opinii zaopiekowanie się osobą, która zapada na poważną chorobę, "to nie są Himalaje dobroczynności, tylko zwykły ludzki obowiązek".

Premiera "Jak pies z kotem" odbyła się 19 października. Podczas tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Aleksandra Konieczna otrzymała nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą, z kolei Olgierda Łukaszewicza nagrodzono za najlepszą drugoplanową rolę męską.