Słynny niemiecki matematyk Georg Cantor powiedział kiedyś, że "". Być może dlatego królowa nauk wypada tak dobrze w sprzężeniu z tematem praw obywatelskich. A może po prostu ktoś w Hollywood dodał dwa do dwóch i wyszło mu, że suma "", "", "" i "" zagwarantuje sukces. Choć jednak film Theodore’a Melfiego bazuje na utartych schematach, to zarazem w bardzo zajmujący sposób wykorzystuje literaturę faktu celem feministycznej, emancypacyjnej opowieści, rezonującej zarówno z klimatem Ameryki ery Black Lives Matter, jak i – na bardziej uniwersalnej płaszczyźnie – Polski epoki czarnego protestu.
Za punkt wyjścia posłużyła książka Margot Lee Shetterly poświęcona pominiętym w podręcznikach historii afroamerykańskim matematyczkom z NASA, które znacząco przyczyniły się do sukcesów USA w wyścigu kosmicznym z Sowietami.
Ekspozycja zawiązuje się w momencie, gdy Katherine Goble (Taraji P. Henson), Dorothy Vaughan (Octavia Spencer) i Mary Jackson (Janelle Monáe) naprawiają samochód rozkraczony gdzieś na pustkowiu. Atmosfera gęstnieje wraz z pojawieniem się radiowozu. Jednak gdy bohaterki wylegitymowują się jako pracownice NASA, początkowo nieprzyjemny funkcjonariusz proponuje eskortę. Wszak nic nie jednoczy bardziej niż wspólny wróg, w tym przypadku – "". "", komentuje chwilę potem Mary. "!".
Rzeczywiście – musi, bo w Ameryce początku lat 60. los kobiet, w szczególności czarnych, w szczególności na Południu, jest jak najdalszy od cudowności. Nawet gdy mówimy o kobietach tak uprzywilejowanych, jak wykształcone ekspertki rządowe.
Kiedy opowieść zaczyna się w roku 1961, w NASA nie ma jeszcze komputerów elektronicznych, za komputery robią kobiety wykonujące ręcznie skomplikowane obliczenia matematyczne, pod którymi później podpisują się mężczyźni piastujący bardziej prestiżowe i lepiej płatne stanowiska. Białe kobiety przynajmniej dochrapią się z rzadka statusu kierowniczego, natomiast czarne stłoczone są w jednym pomieszczeniu, za drzwiami oznaczonymi bezpardonowo jako "Kolorowe komputery". Podobna segregacja występuje na każdym poziomie, od łazienek po czajniki do kawy. Melfi, znany dotąd jako twórca pogodnej komedii "" z Billem Murrayem, ma tendencje do patetycznej łopatologii ("", oznajmia w chwili przebudzenia szef wszystkich szefów grany przez Kevina Costnera), ale i tak ma lżejszą rękę niż większość autorów hollywoodzkich filmów "zaangażowanych". Uprzedzenia wypisane na tabliczkach i wypowiadane z emfazą w dialogach równoważy tymi podpatrzonymi czysto filmowo – w spojrzeniach, gestach. Świetnie grywane są napięcia między pracownikami niższego i wyższego szczebla, ergo: między czarnymi a białymi w ciekawie niejednoznacznych interpretacjach Costnera, Kirsten Dunst czy Jima Parsonsa.
Aktorstwo w ogóle stanowi najmocniejszy atut tego zrealizowanego z polotem i wigorem, niemniej miejscami nazbyt cukierkowego filmu. Henson, czyli niezrównoważona Cookie z serialu "", gra wbrew swojemu emploi i jako szara myszka wypada znakomicie. Imponująco prezentuje się wokalistka Monáe w kolejnej po "" roli dumnej, świadomej własnej wartości kobiety; na dalszym planie przewija się też inny znajomy z filmu Jenkinsa, Mahershala Ali. I choć "" są dalece bardziej konwencjonalne niż "Moonlight" w formie i treści, wychodzą do widza z podobnie cennym przesłaniem: możesz być kimkolwiek zechcesz. I przypominają, że w kwestii podwójnych standardów rasowych i genderowych wciąż nie odrobiliśmy lekcji sprzed półwiecza. Ku pokrzepieniu serc i ku refleksji – jak na kino głównego nurtu efekt, mimo zastrzeżeń, jest zadowalający.