Dziennik Gazeta Prawana logo

Mads Mikkelsen: Nie lubię komercyjnych pewniaków i powielania klisz [WYWIAD]

13 czerwca 2014, 10:24
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Mads Mikkelsen
Mads Mikkelsen/AP
Nie ma nic gorszego niż aktor, który uważa, że może zagrać wszystko, że jest najlepszy i nie musi już doskonalić warsztatu – mówi Mads Mikkelsen, który zagrał tytułową postać w filmie "Michael Kohlhaas".

Bohater czy antybohater?
Mads Mikkelsen: Do dziś mam problem z odpowiedzą na to pytanie. Nawet sobie go już nie zadaję. Wiem, że grany przeze mnie Michael Kohlhaas może budzić zarówno sympatię, jak i antypatię.

To cię zafascynowało w tej historii, w tej postaci?
To też, ale przede wszystkim fakt, że mało kto o nim słyszał. Scenariusz filmu inspirowany był prawdziwymi zdarzeniami i życiorysem autentycznej postaci. Kupiec Hans Kohlhase żył w XVI wieku i nawet jeśli nasz film nie oddaje jego historii w pełni, był to człowiek, o którym warto opowiedzieć.

Czułeś, że przywracacie go powszechnej pamięci?
Chociaż na moment i to też było ważne. Jest wiele opowieści, o których nikt nie słyszał. Wiele istnień ludzkich, które miały wpływ na przyszłe pokolenia, a nie zdajemy sobie sprawy, jak ogromną rolę odegrały. Nie mam poczucia misji, uprawiając ten zawód, ale jeśli mogę ocalić kogoś od zapomnienia – czy wręcz niebytu w powszechnej świadomości – chętnie to zrobię. Odkrywanie takich perełek jest cennym doświadczeniem, nadaje temu, co robimy, głębszy sens.

Zrealizowano już film o Michaelu Kohlhaasie w 1969 roku.
Można o nim również poczytać, literatura też oddała mu hołd. Nie miałem o tym pojęcia, śmiem twierdzić, że tak jak większość ludzi na tej planecie. Jest coś wzruszającego w opowieściach o odległych, nieznanych bohaterach. Każdy facet do końca pozostaje małym chłopcem i ma lub chce w sobie zachować coś z odkrywcy. I choć Kohlhaas nie jest bohaterem, o męstwie i honorze którego rozprawiają w szkołach, mnie wydał się prawdziwy i współczesny. Też dlatego, że wymykał się ocenom. Zatracił się w walce o sprawiedliwość, choć działał w imię wartości do dziś aktualnych. Jego postawa ukazuje, jak cienka jest granica między dochodzeniem swoich praw i racji a fanatyzmem czy terroryzmem.  
Nie mogłem przejść obok tej postaci obojętnie. Myślę, że był człowiekiem prawym i honorowym, kochającym mężem, sprawiedliwym kupcem i dobrze prosperującym gospodarzem. Jeden zwrot, zdarzenie, incydent – bo w życiu wystarczy niewiele, by dobra passa się skończyła. Michael Kohlhaas był idealistą, a stał się ofiarą swoich własnych ideałów. Odegrał istotną rolę w skali lokalnej. I choć to odległe czasy, według mnie nic nie jest oderwane od przeszłości – ani teraźniejszość, ani przyszłość.

Ważne było to, że Hans Kohlhase żył naprawdę? To coś zmienia w podejściu do postaci, jest większa odpowiedzialność?
I tak, i nie. Nie przykładałem się bardziej niż w przypadku grania fikcyjnych postaci. Ale był moment, w którym zdałem sobie sprawę, że powstało już wystarczająco dużo wyidealizowanych opowieści o wyjętych spod prawa rebeliantach. Chciałem dla Kohlhaasa innego wizerunku – nie tyle bardziej mrocznego, ile pełnego sprzeczności, walczących ze sobą postaw i wartości. Nie chciałem kreować go ani na ofiarę, ani na bezwzględnego wojownika. Słowem chciałem grać autentycznego mężczyznę, którym targają różne racje i który nawet gdyby chciał zawrócić z obranej drogi, to w pewnym momencie już nie może. Jest za późno. Kino i literatura stworzyły obraz romantycznego bohatera walczącego o prawa swoje lub innych. Wiedziałem, że my nie będziemy przenosić na ekran legendy. Nie grałem drugiego Robin Hooda.

Ponoć nie chciałeś za wiele wiedzieć o Kohlhaasie?
Nie widziałem zrealizowanego wcześniej filmu, nie czytałem na jego temat. Bazowałem na scenariuszu i tym, co we mnie uruchomi. Dobrze jest wchodzić w odległą rzeczywistość bez oczekiwań, zbędnego nastawienia, zafałszowanego obrazu. Nie musiałem studiować opasłych ksiąg, by wywnioskować ze scenariusza, że w XVI wieku mężczyźni potrafili być brutalni, nieprzejednani, waleczni, niekoniecznie w sposób, o jakim wcześniej mówił etos rycerski.  
Nie chciałem tworzyć – najpierw w głowie, a potem na ekranie – ani wzniosłego, ani utopijnego portretu epoki i bohatera. Wolałem na czysto zmierzyć się z postawą tego mężczyzny, jego zachowaniem, codziennością, problemami. Tak jak powiedziałem, to bardzo współczesna historia, mało istotne jest to, że on jeździ konno, a nie bentleyem, chodzi raczej o wagę jego wyborów, konsekwencję działania, pragnienie walki o sprawiedliwość.

Jak wyglądały zdjęcia? Realizowane były w Langwedocji i delcie Rodanu.
Było intensywnie. Zaczęliśmy... inaczej tego nie potrafię nazwać – być ze sobą – na dwa miesiące przed rozpoczęciem zdjęciem. Cała ekipa zjechała do Francji. Jeździliśmy konno, rozmawialiśmy, czytaliśmy scenariusz. Mieszkaliśmy... nigdzie. Nie było nic prócz nas, koni i krajobrazów. Pomyślałem: no dobrze, nie ma już odwrotu. Miałem obawy, czy sprostam. Przede wszystkim musiałem nauczyć się języka francuskiego i to było najtrudniejsze. Umiałem jeździć konno, ale to było zwykłe podskakiwanie w siodle. Na potrzeby filmu musiałem poprawić swoją technikę jeździecką, na szczęście mieliśmy doskonałych trenerów, cierpliwych, bardzo oddanych. Mój bohater to król jazdy konnej, powiedzieć, że w siodle czuje się pewnie, to nie powiedzieć nic. Musiałem to oddać. Michael Kohlhaas czuje się wolny, czuje się panem sytuacji, panuje nad wszystkim. To był klucz do postaci w początkowej fazie opowieści, potem Kohlhaas przechodzi zmianę – wszystko to traci, co też trzeba było przerobić, uchwycić, pokazać.

Utożsamiasz się z bohaterem?
Zawsze staram się znaleźć coś wspólnego z każdym bohaterem, którego gram. Mogę tylko mieć nadzieję, że punktów stycznych nie będzie tak wiele pomiędzy mną a na przykład Hannibalem. Muszę jednak przyznać, że zawsze jest coś, co cię wiąże z postacią, co wydaje się znajome i staje się kluczem do zrozumienia jej postępowania, bo przecież filtrujesz to przez siebie, przez to, jak ty byś się zachował. I nawet jeśli inaczej, muszę zawsze zrozumieć motywacje bohatera, pewien proces, który doprowadził go do miejsca, w którym się znalazł. "Michael Kohlhaas" to dość radykalny bohater. Nie oceniałem go, raczej schodziłem z planu z myślą, że parę razy w życiu czułem jak on lub niemal jak on. I fajnie, czasami napełniało mnie to spokojem czy wręcz radością, ale bywało, że niekoniecznie był to powód do dumy.

Przyznałeś, że zawsze byłeś i będziesz ambitny, ale nie jeśli chodzi o karierę, a doskonalenie aktorskich umiejętności.
Próbuję tego nie zagubić. Nie ma nic gorszego niż aktor, który uważa, że może zagrać wszystko, że jest najlepszy i nie musi już doskonalić warsztatu. I nie ma to nic wspólnego z zawodowymi wyborami. Każdy plan i każdą rolę traktuję jak wyzwanie aktorskie. Z kolei gust filmowy to już kwestia... gustu. Każdy z nas ma inny. To, co może mi się wydać interesujące w scenariuszu, bohaterze lub kontakcie z reżyserem, nie musi potem komuś innemu na ekranie. Wiem jedno, nie lubię powielać klisz, nie szukam specjalizacji w kinie. Wolę zagrać w filmie niepoprawnym, niebanalnym, dziwnym, wymykającym się definicjom, ale o skromniejszym potencjale frekwencyjnym czy za mniejszą gażę niż w komercyjnym pewniaku, powielając role, które grałem już wcześniej.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj