Przy okazji "Dziewczyny z szafy" bywasz często przedstawiany jako debiutant. W poprzednich latach zrealizowałeś jednak całą masę filmów offowych. Czy na planie profesjonalnej produkcji faktycznie czułeś się jak nowicjusz?
Bodo Kox: Nie do końca. "Dziewczyna..." to dla mnie film offowy, ale zrealizowany w profesjonalnych warunkach. Dzięki temu podczas pracy mogłem skupić się na tym, co naprawdę ważne, czyli na kontakcie z operatorem i przede wszystkim z aktorami. Na planie filmu offowego oprócz tego musiałbym pewnie robić jeszcze kanapki dla całej ekipy.

Praca z większym zespołem mogła być dla ciebie trudna. W jednym z wywiadów przyznałeś, że nie przepadasz za ludźmi.
Podtrzymuję to! Ludzie bywają straszni. Zwłaszcza ci pozbawieni dystansu i empatii. Na szczęście przy okazji "Dziewczyny..." zetknąłem się z naprawdę interesującymi postaciami. Ten film, tak jak wszystkie inne, stanowił zresztą dla mnie rodzaj terapii, dzięki której walczę z własnymi neurozami. Pomaga mi w tym także humor. Choć opowiadam o rzeczach gorzkich, nie umiałbym robić tego w sposób patetyczny.

Skoro mowa o poczuciu humoru, co lub kto potrafi na co dzień doprowadzić cię do śmiechu?
Staram się nie poszukiwać bodźców do rozśmieszania. Najczęściej tak już bywa, że znajdują mnie same. Wystarczy przecież włączyć telewizor i obejrzeć główne wydanie "Wiadomości". Na podobnej zasadzie bawią mnie również spotkania z ludźmi pozbawionymi humoru. Bawi mnie bardzo sytuacja, w której próbuję być zabawny i stykam się z zupełną obojętnością, wręcz zażenowaniem. Staram się jednak nie przesadzać. Szanuję też to, że ktoś chce być całe życie mrukiem i zrzędą. Z reguły staram się otaczać ludźmi, którzy znają się na żartach, potrafią rozładować napiętą atmosferę. Tylko z kimś takim jestem w stanie się zaprzyjaźnić. Z dziewczyną obdarzoną poczuciem humoru mógłbym się nawet ożenić.

Trzymam kciuki. Jednocześnie ciekaw jestem, co sądzisz o zawodowym rozśmieszaniu ludzi. Czy masz swoich ulubionych komików?
Bawi mnie, rzecz jasna, Monty Python. Przede wszystkim jednak wychowałem się na nagrywanych w początkach lat 80. kasetach ze skeczami kabaretu Tey. Początkowo byłem zbyt młody, by zrozumieć polityczny podtekst tych żartów, ale imponowała mi sama sceniczna otoczka i entuzjastyczne reakcje publiczności. W ogóle mieliśmy w Polsce szczęście do komediowych duetów. Z jednej strony Wasowski i Przybora z Kabaretu Starszych Panów, z drugiej Smoleń i Laskowski z Teya. Jestem też wielkim fanem Manna i Materny z "Za chwilę dalszy ciąg programu".

Wchodziłeś w okres dojrzewania w momencie ustrojowych przemian. Czy czujesz, że ten dość groteskowy czas ukształtował w jakiś sposób twoją osobowość?
Transformacja kojarzy mi się przede wszystkim z wszechobecnym chaosem. Skini i punki wylegli z podziemi i zaczęli panoszyć się na ulicach. Gdzie indziej królowała muzyka techno. Wszystko to wydawało mi się dość szare i paskudne. Dziś Polska wygląda o niebo lepiej niż 20 lat temu i każdy, kto pamięta tamte czasy, powinien to docenić. Oczywiście, nie mam złudzeń, że tak się stanie. Jako naród zawsze woleliśmy narzekać, niż spiąć pośladki i wziąć się do roboty.

W "Dziewczynie z szafy" udało ci się połączyć dwie skrajności. Świat, który wydaje się odrealniony i nieco bajkowy ma też wiele wspólnego z przaśną rzeczywistością wielkomiejskiego blokowiska.
Zawsze uwielbiałem kontrasty. Nie bez powodu mój "ulubiony strój" to koszulka w czarno-białe paski. W kinie umiejętne zestawienie sprzeczności potrafi wstrząsnąć widzem. Nie ukrywam, że w "Dziewczynie..." chciałem go trochę oszukać. Początek filmu obiecuje przecież komedię, a z biegiem czasu opowiadania historia staje się coraz bardziej dramatyczna. Liczę jednak na to, że widz zdąży zżyć się z bohaterami i pozostanie przy nich nawet mimo zmieniającego się nastroju opowieści.

Wydaje mi się, że problemem głównych bohaterów "Dziewczyny..." pozostaje niemożliwe do przezwyciężenia poczucie alienacji. Czy odczuwasz coś podobnego również w stosunku do samego siebie?
W 2006 roku, gdy pisałem scenariusz "Dziewczyny....", byłem dość wycofany ze społeczeństwa. Dziś nadal lubię swoje towarzystwo i nie mogę przebywać w większej grupie osób dłużej niż dwa, trzy dni. Niemniej staję się coraz bardziej otwarty na ludzi. Czuję coraz większą empatię i staram się współpracować z rzeczywistością. Przestałem jeść mięso, zacząłem segregować śmieci. Powstrzymuję się tylko przed medytacją, bo z moim rozlatanym umysłem byłaby niemożliwa.

A zatem zgodziłbyś się z krytykami, którzy po obejrzeniu "Dziewczyny..." uznali, że przez ostatnie lata zrobiłeś się dojrzalszy?
Zaniepokoiłbym się, gdyby było inaczej. Do pewnego momentu w życiu byłem po prostu egocentrycznym wariatem. Dziś czuję się twórcą dojrzewającym jak ser pleśniowy. Zaczynam na przykład zwracać uwagę na to, że system robi z nas durniów. Od pewnego czasu wdziera się nawet do moich snów.

Prawie jak u Orwella.
"Rok 1984" to moja ulubiona książka. Przeczytałem ją ze dwa razy. W swoim następnym filmie zamierzam zająć się teoriami spiskowymi.

Mam jednak nadzieję, że nie traktujesz ich śmiertelnie poważnie?
Oczywiście, że nie. Śmiertelnie poważnie przyjmę pewnie dopiero własną śmierć. Niemniej jednak w swoim filmie na pewno będę chciał przemycić myślenie antysystemowe. Jestem pewien, że kryzys finansowy został zaplanowany. Tak samo jak wzrost gospodarczy, który nastąpi zaraz po nim. Jako społeczeństwo wszyscy jesteśmy manipulowani na potęgę. Właśnie dlatego wyszedłbym z Unii Europejskiej albo przynajmniej postarał się o poważną autonomię. Z wykładu dr. Matthiasa Ratha dowiedziałem się ostatnio, że Unia stanowi kontynuację wizji Hitlera.

Słucham?
Istnieją mocne dowody na to, że koncern farmaceutyczny I.G. Farben sponsorował nazistów, żeby doprowadzić do wojny, by powiększyć swoje wpływy, rynki zbytu etc. Upraszczając: po II wojnie światowej wielu pracowników I.G. Farben zasiadało w rządzie, a co drugi kanclerz Niemiec był jakoś powiązany z tym koncernem… Ale dość już tego, twoich czytelników to pewnie nie zainteresuje.

Nie, dlaczego? Sam umieram z ciekawości.
Coraz częściej przekonuję się po prostu, że jesteśmy pionkami w jakiejś dziwnej grze "komputerowej" na żywo. Podobno naziści skazywani w Norymberdze wychodzili z sali rozpraw "tylnymi drzwiami" i współpracowali z aliantami przy nowych technologiach, wszelkich niebezpiecznych wynalazków, jak na przykład MKULTRA (kontrowersyjny projekt z lat 50. i 60., którego celem było zbadanie możliwości kontroli umysłu z wykorzystaniem substancji chemicznych – przyp. red.). Amerykanie nigdy nie byli święci. Jestem pewien, że w niedługim czasie najadą na Iran, żeby zdobyć ropę. Wątek wojny na Bliskim Wschodzie też znajdzie się zresztą w moim kolejnym projekcie.

Nic dziwnego, że przy takim postrzeganiu rzeczywistości stajesz po stronie wycofanych z życia outsiderów.
Uwielbiam outsiderów i wariatów wszelkiej maści. Jeśli jednak zorganizują się, mogą być naprawdę niebezpieczni. Domyślam się, że ich agresja bierze się z frustracji i poczucia odrzucenia. Jestem w stanie zrozumieć ten mechanizm, choć nigdy go nie zaakceptuję.

Z tak wyrazistymi poglądami mógłbyś spróbować sił w polityce. Czy to prawda, że w przeszłości wdałeś się z nią w ironiczny flirt?
Chodzi ci zapewne o happening, który na początku poprzedniej dekady zorganizowałem wraz z moim kumplem Franzem Chlorem. Przed wyborami parlamentarnymi obwiesiliśmy wówczas Wrocław swoimi plakatami. Przedstawialiśmy się na nich ludziom za pomocą epitetów w rodzaju "skorumpowany", "pazerny", "nieuczciwy". Chcieliśmy doprowadzić do sytuacji, w której kandydaci nie zasłaniają się ideami, lecz szczerze mówią wyborcom, jacy są naprawdę.

Z polityką nie ma żartów. Rozpoczynający swoją karierę od happeningów komik Beppe Grillo należy dziś do najważniejszych polityków we Włoszech.
Poważnie? Wygląda więc na to, że ten wirus przeszedł z ziemi polskiej do włoskiej!