Jaki jeden obraz twoim zdaniem mówi dużo o relacji bohaterów "Miłości"?
Julia Kijowska: Jest taki jeden kadr w filmie Sławka Fabickiego, zakomponowany na wzór fotografii Carter-Bressona. Dziewczyna i chłopak przytuleni, śpiący. Na zdjęciu Bressona jadą chyba pociągiem, Marcin Dorociński i ja jedziemy w tej scenie taksówką. To była jedna z wizualnych inspiracji reżysera. Dostaliśmy scenariusz tak dobrze napisany, że chociaż w warstwie fabularnej tej historii relacja bohaterów tonęła w sytuacjach mało atrakcyjnych – po prostu młode małżeństwo spodziewa się dziecka, pojawiają się komplikacje i wydaje się, że nie ma w tym tajemnicy, że wszystko jest rozpoznane z codzienności, aż nie do wytrzymania – to jednak pod spodem tych codziennych zdarzeń był ukryty ogromny ładunek emocjonalny. Złożoność prostych na pozór relacji. Ta scena w taksówce to cisza przed nieuchronnie zbliżającą się burzą, a może synteza ich relacji.

Jak budowaliście te relacje swoich postaci? Dużo rozmawialiście z Marcinem Dorocińskim o tym, czego nie ma w scenariuszu?
Sporo. Ja miałam trochę taki nakręt, żeby zbudować ich punkrockową historię. Było mi to potrzebne, żeby pokazać, że to nie jest zwyczajna para z małego miasteczka, ale że oni przeszli dużą przemianę. Są z pokolenia, dla którego w moim wyobrażeniu taka historia miłości, w jakiej rezygnuje się z siebie, była bardziej prawdopodobna niż dziś. Wydaje mi się, że ludzie 10 albo 15 lat ode mnie starsi są wychowani jeszcze w innym systemie wartości społecznych, w którym rodzina była świadomym wyborem rezygnowania z siebie. Oddawali siebie dla drugiego człowieka, tak jak oddajesz siebie dla sprawy. Dzisiaj wydaje się to coraz mniej naturalne i logiczne. Było mi potrzebne, żeby wskoczyć w ten inny świat ze świadomością, jacy oni byli wcześniej, nawet wyobrażoną świadomością – że jeździli do Jarocina, słuchali punk rocka, chodzili w kurtkach parkach. Teraz pracują w korporacjach, ale ten punkrockowy krzyk, atawistyczna potrzeba kochania i rezygnowania jest wpisana w ich konstrukcję. Wydawało mi się to dobrą podstawą dla tej pary. Z tego całego świata zostało ostatecznie w filmie niewiele – koncert Dezertera, który Tomek ogląda w telewizorze, stara kurtka wojskowa Marii, kilka innych drobiazgów. Różne rzeczy się nie zmieściły, wiele przestało być nam potrzebnych.

To jest też opowieść o wszystkim, co nie jest piękne w związku. I mimo to udało się stworzyć historię pełną niedopowiedzeń.
Mam nadzieję, że mimo brzydoty i pozornej nieatrakcyjności udało się nie zabrać tej historii tajemnicy. Nie przesiać złota w piasku. Wydaje mi się, że proporcje zostały zachowane – to nie jest plastikowy związek z kolorowych pisemek, ale jest w nim miłość. Bardzo bym chciała, żeby tak było.

Ile dni spędziliście na planie?
Nie jestem najlepsza w tych rachunkach. Marcin gdzieś kiedyś dokładnie powiedział, ile to było nocy.

Dwadzieścia?
Skoro tak powiedział, tak właśnie było. Dwadzieścia samych nocy, wiele w jednej lokacji w mieszkaniu bohaterów. Taka praca nocami jest męcząca, ale w tym filmie stała się dodatkową wartością. W nocy jest się inaczej skupionym. Ten rodzaj zmęczenia czasem pomaga, bo zabiera niektóre skłamania, które ma wypoczęte ciało – świeże, obudowane ulubionymi gestami, jakby gotowe do wymyślania się na nowo. W nocy weryfikacja prawdy jest większa.

Jak prywatnie poradziłaś sobie z graniem kobiety w ciąży, która nie jest najszczęśliwsza na świecie?
Drugi raz byłam w takiej sytuacji. W filmie "W ciemności" Agnieszki Holland też byłam w ciąży, też w traumatycznej sytuacji. Ale w tamtej historii wszystkie okoliczności były takie, że trudno je odnieść do własnego życia. Tu znalazłam się w bardzo konkretnej konfrontacji – grałam na łóżku porodowym w szpitalu, w którym sama się urodziłam. Duże przeżycie, bo to nie są dla mnie sprawy oczywiste, łatwe i takie, które mam w głowie poukładane.

Zmęczone ciało z dużym brzuchem było problemem?
Większość scen grałam z brzuchem materiałowym, który był lekki, przywiązywany. Chodziło tylko o pewien rodzaj poruszania się, ale ta świadomość bardzo szybko przychodzi do ciała, kiedy się je przeciąży. Dopiero do scen bardziej rozbieranych miałam brzuch zrobiony przez charakteryzatorkę, wyrzeźbiony ze specjalnej masy. Wiązało się to najpierw z długim procesem przygotowywania, odlewów, przymiarek. Ostatecznie sporo ważył, trzeba go było dosyć długo przyklejać i potem charakteryzować, żeby zniknęły miejsca łączenia ze skórą. Dodają ci istotny fragment ciała – coś, co zmienia twoją kobiecość. Proces tej zmiany nie zawsze był łatwy, tym bardziej że ciąża to jest temat, z którym inaczej się mierzę niż moja bohaterka, mam na to w sobie mniej gotowości niż miała ona. Muszę powiedzieć, że kiedy przychodziło duże zmęczenie, to rzeczywiście najczęściej przeszkadzała mi fizyczność, brzuch. Były takie sytuacje, w których myślałam, że jeśli w ułamku sekundy nie ściągnę z siebie tego brzucha, jak skorupy, to zacznę krzyczeć. Przychodzą momenty, kiedy ciało mówi: – Dość! To nie jest moje i nie chcę tego mieć!.

Wstydziłaś się przed ekipą?
Musisz wydać swoje ciało do roli, musisz je obnażyć, musi przyjść reżyser i operator i stwierdzić, czy wszystko dobrze wygląda, czy nie – to nie jest komfortowe. Swoją drogą to ciekawe: czy łatwiej jest obnażyć się z własnymi kompleksami, całym zbiorem niedoskonałości, które masz, ale są twoje, czy zamaskować to i stać się właścicielem cudzej fizyczności. Mnie dopadała niezgoda na ciało postaci, którą grałam.

Masz dużo szczęścia, jeśli chodzi o propozycje, czy sama tak dobrze wybierasz role?
Dużo szczęścia. W odpowiednim czasie pojawiają się odpowiedni ludzie. I bardzo sobie cenię, że to wszystko przytrafia mi się w takiej kolejności. Ominął mnie bolesny proces dobijania się do różnych drzwi tuż po szkole.

Tęsknisz za teatrem?
Tak, chociaż nie mam ambicji, które byłyby związane z konkretną wielką rolą. Teatr to jest dla mnie źródło. Kamera widzi wszystko z bliska, toniesz w drobinkach, które cię opisują, a scena pozwala narysować coś większym pędzlem, z dystansem. Tak, czasem tęsknię.