Są filmy, które chce się obejrzeć, bo gra w nich przystojniak Clooney, ale jednocześnie oczekujemy od niego więcej, niż żeby tylko dobrze wyglądał. Sam mówi, że zrobił karierę na umiejętnym łączeniu różnych cech w swoim publicznym wizerunku. Jest doskonałą maszyną do przyciągania widzów. Robi to przy pomocy swoich trzech twarzy – amanta, aktywisty oraz po prostu bardzo dobrego aktora.
Reklama
Mało kto się spodziewał, że przystojny doktor Doug Ross z serialu "Ostry dyżur" zostanie kiedyś rozpolitykowanym krytykiem amerykańskiego rządu. Spodziewano się raczej, że zadowoli się wygrywaniem rankingów na najseksowniejszego, najprzystojniejszego albo najlepiej ubranego mężczyznę Hollywood. Tymczasem zaczął głośno się wypowiadać przeciw prezydentowi Bushowi i wojnie w Iraku, a potem zabrał się za produkcje filmów krytykujących politykę USA.
Późno zamienił się ze zwyczajnego amanta w przystojniaka zaangażowanego w sprawy kraju. Jego ojciec był gospodarzem teleturniejów, a ambicją młodego George’a było robić to samo, tylko trochę lepiej niż tata. Wychował się w prowincjonalnym stanie Kentucky, znanym raczej ze smażonego kurczaka niż ze sztuki.



Do Los Angeles przyjechał w 1982 roku, po studiach na niezbyt prestiżowym Northern Kentucky University. Miał wtedy za sobą nieudaną próbę zostania zawodowym graczem bejsbola. W Los Angeles zaczął od małych ról. Jednocześnie fascynowały go tamtejsze dziewczyny. Do dziś jest koneserem kobiet, co czasami wyraża w dziwaczny sposób – dyskutując o islamskich zamachowcach-samobójcach, powiedział: "Kto by chciał 70 dziewic? Wolałbym 8 prostytutek!".
Reklama
Z jednej strony gra w kasowych przebojach kinowych, takich jak "Ocean’s Eleven" (oraz "Ocean’s Twelve" i "Ocean’s Thirteen"), które zarobiły w sumie ponad 400 milionów dolarów. Z drugiej zarobione pieniądze przeznacza na mniej kasowe, za to ambitniejsze projekty. Jednym z nich jest wyreżyserowany przez niego film "Good Night and Good Luck" o legendarnym dziennikarzu telewizyjnym Edwardzie R. Murrow, który w latach 60. walczył z senatorem Josephem McCarthym opanowanym przez paranoję rzekomych komunistycznych agentów.
Clooney zrobił ten film, by skrytykować atmosferę w USA w czasie, gdy rządził Bush, a każdy, kto nie był zwolennikiem wojny w Iraku, był traktowany jak zdrajca Ameryki. W tym samym roku zagrał w filmie "Syriana" – dramacie o niejasnym zaangażowaniu amerykańskich polityków, korporacji i CIA w walkę o kontrolowanie złóż ropy naftowej na Bliskim Wschodzie.



Potrafi wykorzystywać swoją sławę, jak wtedy, gdy zdecydował się na działanie na rzecz ofiar rzezi religijnej w Darfurze – muzułmanie wyrzynali tam czarne plemiona koczownicze. Jako wysłannik ONZ pojechał do Sudanu z misją pokojową.
Jednocześnie wciąż pamięta o wywiadach udzielanych na czerwonym dywanie oraz pokazywaniu się na ważnych przyjęciach. Jest przy tym przebiegły – pojawia się tam, gdzie może kogoś przekonać, że należy mu się ważna statuetka – na razie ma jednego Oscara za rolę drugoplanową w "Syrianie".
Poza tym wszystkim to świetny aktor. Grał u braci Coen w trzech filmach: "Bracie, gdzie jesteś" , "Okrucieństwo nie do przyjęcia" i "Tajne przez poufne". W tym ostatnim jest debilnym agentem rządowym, postacią dziwaczną i mało rozgarniętą, opanowaną obsesją podłóg i materiału, z jakich są wykonane. W zeszłym roku brawurowo zagrał specjalistę od zwolnień w komediodramacie "W chmurach" – mężczyznę, który lata od korporacji do korporacji, zwalniając ludzi. Był to dramat na czasie, akurat w momencie recesji – tym razem został wcieleniem wszystkiego, co puste i bezduszne w kapitalizmie.
Teraz możemy go oglądać w "Amerykaninie". Gra płatnego zabójcę, który zamiast zabijać, snuje się, podziwia zamglone klasztory i dokonuje rachunku sumienia. To również kolejna zmiana wizerunku – Clooney jest tu wypalony, zrezygnowany. A jeśli strzela, robi to z taką klasą, że niejedna fanka chciałaby znaleźć się na jego linii strzału.