Dziennik Gazeta Prawana logo

Znakomity debiut na miarę Roberta Altmana

22 października 2009, 14:11
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Bardzo rzadko w polskim kinie pojawia się debiut tak dojrzały warsztatowo jak "Zero". Znamienne, że autor wielowątkowej historii z życia pewnego miasta i jego mieszkańców, Paweł Borowski, jest właściwie samoukiem. Jego obraz w kinach od 23 października.


Polska 2009; reżyseria: Paweł Borowski; obsada: Robert Więckiewicz, Marian Dziędziel; Roman Gąsiorowska; dystrybucja: Monolith; czas: 110 min; Premiera: 23 października; Ocena 4/6



Wydłuża się lista reżyserów, którzy nie są absolwentami „Filmówki” czy Szkoły Filmowej w Katowicach. To już nie tylko Wojcieszek, ale także Niewolski, Palkowski, Rosłaniec, Borcuch, i – być może najbardziej utalentowany z tego grona – Paweł Borowski. Do kina przyszli niemal z ulicy, niektórzy ukończyli kilkuletnie szkoły, inni są „prawdziwkami”. A jednak warsztatową klasą, którą posiedli, upokarzają solidnie wyedukowanych kolegów. Rzemieślniczo bezbłędni, mają jednak poważne problemy z dojrzałością emocjonalną. Filmy takie jak „Galerianki”, „Wszystko co kocham” czy „Zero” są prezentacją dużych umiejętności warsztatowych i bardzo schematycznego oglądu świata przedstawionego.

Mimo wszystko, oglądając „Zero” Pawła Borowskiego, niedawnego absolwenta warszawskiej ASP, autora świetnie przyjętych wystaw indywidualnych – m.in. w Centrum sztuki Współczesnej i w Zachęcie, nie wierzyłem własnym oczom. Borowski zdobył się na coś, co w polskim kinie pozostaje w zasadzie terra incognita. . Co więcej, niczego przy tym nie zgubił: kilkanaście wątków przeplata się wzajemnie, powtarza refrenowo – i to wszystko naprawdę ma sens. W Polsce, poza Andrzejem Barańskim i jego „Dwoma księżycami” (chociaż to zupełnie inna filmowa bajka) nikt w ostatnich latach nawet nie zbliżył się do takiego poziomu.

A zatem brawa i owacja na stojąco? Nie, jednak nie, bo pomimo szczerego podziwu dla Borowskiego, czegoś mi tutaj zabrakło. Chodzi o prawdę, zwyczajną ludzką – wcale nie kinogeniczną – prawdę opowiadanej historii. Zamysł był intrygujący. Oto jeden dzień z życia miasta. . Borowski, również autor scenariusza, efektownie strukturalizuje kilkanaście zazębiających się wątków: zdradzany mąż i zdradzająca żona, peryferyjny przemysł porno, zołzowata lekarka z chcicą na młode męskie ciało, brak kontaktu z rodzicami, bieda, bogactwo... Tak jakby reżyser miał wgląd w życiorysy ludzi, z którymi się spotykamy: na ulicy, albo w biurze. Efekt domina: powiedzmy, idziemy do apteki, ale nie znamy problemów smutnej pani magister w okularach, sprzedającej nam aspirynę i syrop, z kolei farmaceutka niczego nie wie na temat naszej choroby sercowej, która jest o wiele poważniejsza od udręczającego kaszlu. I tak dalej, i tym podobnie. A Borowski wie wszystko. I efektownie nam to pokazuje.

. Według mnie chodzi o wyzerowanie odrębności, uśrednienie – nie w wymiarze indywidualnym, tylko egzystencjalnym. Bardzo się różnimy, każdy wygląda i myśli inaczej, przecież jednak jesteśmy do siebie podobni. Długi dzień w „Zerze” wyznacza granicę analogicznych namiętności: upraszczając, chodzi o łaknienie szczęścia – nawet zdeformowanego, być może nieoczywistego (nie erotyzm, raczej czułość, empatia i zrozumienie). Borowski pokazuje platformę (nie)porozumienia, brak komunikacji i daremność marzeń, a znakomicie obsadzeni aktorzy - podobali mi się zwłaszcza Janusz Chabior, Kamilla Baar i Andrzej Mastalerz - robią naprawdę wiele, żebyśmy uwierzyli w ich historie.

Skąd zatem bierze się odbiorczy dystans? Mimo wszystko z banalizacji. Reżyser z całej palety możliwych barw emocjonalnych, wybrał wyłącznie najbardziej oczywiste. Sztampowe. Tematy z gazety (pedofilia, pornobiznes, strach przed starością), albo oklepane osobowościowe typaże (brudny taksówkarz, cycata sekretarka, nadpobudliwa mamusia). A kino, zwłaszcza tak mocno osadzone w egzystencjalnym korytarzu znaczeń, powinno być przede wszystkim finezyjne, na pewno nie kokietujące. „Ból istnieje, aby nas ostrzec przed innym, jeszcze większym bólem” – pisał José Luís Peixoto w „Pustym spojrzeniu”. Film Borowskiego jest bolesny, mocny i prawdziwy, ale nie ma siły katharsis. Bohaterowie pozostają za szybą. Nie będzie oczyszczenia.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj