"Boski" (aka "Il Divo")
Reklama
Włochy 2008; Reżyseria: Paolo Sorrentino; Obsada: Toni Servillo, Anna Bonaiuto, Piera Degli Esposti, Paolo Graziosi; Dystrybucja: Against Gravity; Czas: 110 min;Premiera: 18 września; Ocena 4/6



Giulio Andreotti – ponad 90-letni polityk włoskiej chrześcijańskiej demokracji, w parlamencie od ponad 50 lat, siedmiokrotnie dzierżący tekę premiera, wielokrotnie szefujący rozmaitym ministerstwom, oskarżony przed kilku laty o zlecenie zabójstwa dziennikarza Mino Pecorelliego. Skazany na 12 lat więzienia, potem uniewinniony, pomawiany o związki z mafią, obwiniany za śmierć porwanego w 1978 roku przez Czerwone Brygady Aldo Moro. Skompromitował chadeckie rządy, otwierając drogę do władzy populistycznemu Silvio Berlusconiemu.

W filmie Paolo Sorentino zostaje niejako wywołany do swoistej spowiedzi czynionej w masce aktora – genialnego Toniego Servillo, stającego się na dwie godziny wierną kopią Andreottiego. Bliźniaczo niemal podobny, idealnie naśladuje jego mimikę, sposób chodzenia, charakterystyczne gesty, wampiryczny, zastygły w bezruchu wyraz twarzy. Robi to wrażenie, a i sama makiaweliczna spowiedź może wprawiać w niejaką konfuzję. Sorentino nie odtwarza faktów z biografii Andreottiego w kronikarskim porządku. Przeskakuje w czasie, powraca do poszczególnych scen, konstruuje hipotezy, zadaje pytania. Na żadne nie odpowiada jednoznacznie, niczego nie rozstrzyga, wszak Andreottiemu niczego nie udowodniono. Ale już samo mnożenie wątpliwości wydaje się przyznaniem się do winy, oskarżeniem nie Andreottiego, ale całej włoskiej polityki ostatniego półwiecza, wstrząsanej korupcyjnymi skandalami, znaczonej trupami niepokornych, którzy usiłowali coś zmienić.

p

Sorentino portretuje polityków jak mafiosów, starych dobrych znajomych z kryminalnego i gangsterskiego kina. Jest taka scena, w której Andreotti jako premier przyjmuje interesantów przychodzących doń ze swymi kłopotami. Z każdym zamienia kilka słów, klepie po ramieniu, pociesza, przyjmuje drobne upominki i załatwia drobne sprawy zupełnie tak jak Don Vito Corleone w „Ojcu chrzestnym”. Tak samo wystylizowane są sceny, gdy na naradzie u Andreottiego zjawia się jego najbliższa świta. Ustawieni w ordynku generałowie mafii i jeden kardynał gotowi na rozkazy swego capo di tutti cappi. Każdy ma swój pseudonim, każdy swoją działkę. Taki sznyt, taki ryt, ale kryje się za nim coś groźnego, tak jak w wyznaniu Andreottiego przyznającego się wprost do kamery do stosowania zasady: „cel uświęca środki”.

Znakomicie jest ten film zrobiony, komiksowo zmontowany, ujęty w barokową formę fantazji ozdobionej skrzypcowymi scherzami, rozgrywanymi na przemian w zwolnionym i przyśpieszonym tempie, przeplatającej gabinetowe narady, nocne spacery, zabójstwa kolejnych ofiar politycznej wojny. Ogląda się to wszystko początkowo z niemym zachwytem, choć z czasem ilość faktów, nazwisk, wydarzeń, skomplikowanych intryg nieco jednak przytłacza. Trzeba by mieć pod ręką przewodnik po włoskiej polityce, by się w tym gąszczu nie pogubić i nie stracić z oczu politycznego wymiaru filmu przygniecionego ciężarem rozbuchanej, wyrafinowanej formy. W sumie jednak bez rozstrzygania o winie lub niewinności Andreottiego to, co najważniejsze, udaje się Sorentino przekazać klarownie i bez owijania w bawełnę: włoską politykę toczy gangrena korupcji, przemocy, podejrzanych układów. Wyroki sądów i ekspiacje kolejnych ekip rządzących nic w tej sprawie nie zmieniły.