Bohaterką jest mimozowata Sabina () pracownica działu poezji w dużym wydawnictwie. Jest rok 1952 – wywodząca się z przedwojennej inteligencji rodzina młodej kobiety albo próbuje ignorować rzeczywistość, pijąc na umór i pracując na usługach partii jak jej brat malarz, albo zachowując pozorną zgodę na nowe czasy, stara się robić swoje – jak matka () i babka (). Życie trzech kobiet kręci się wokół wysiłków wydania za mąż nieporadnej w tych sprawach Sabiny. Do czasu, kiedy pojawia się Bronisław () – męski jak Humphrey Bogart i waleczny jak Tyrmandowski Zły. Związek tych dwojga zmienia film z komedii obyczajowej w rasową komedię kryminalną.
– obsada, kostiumy (Magdalena Biedrzycka), muzyka (Włodek Pawlik) – momentami przypominającą motyw z teatru sensacji Kobra. Każdy kadr jest fantastycznie zakomponowany i sfilmowany w czerni i bieli przez Marcina Koszałkę. Lankosz nigdy nie traci kontroli, każdy element filmu jest precyzyjnie spleciony z pozostałymi, a rozgrywającą się w tle historię – budowę Pałacu Kultury czy ostatnie podrygi stalinizmu – umie doskonale i zaskakująco wykorzystać dla fabuły. Ma też reżyser to, co trudno znaleźć w polskim kinie: słuch na dowcip i wyborne poczucie humoru.
Głośno będzie też w Gdyni o filmie powracającego po dziesięcioletniej przerwie do kina . Bohaterką jego filmu jest Marta
(Małgorzata Buczkowska), 30-letnia dobrze sytuowana dentystka, która nie potrafi ułożyć sobie relacji z mężem. Przypadkowy seks z nieznajomym byłym kryminalistą Arturem i niechciana ciąża
komplikują Marcie życie. Do tego do jej domu wprowadza się siostra Alicja, a jednorazowy kochanek i jego matka pragną odebrać jej dziecko. Wszystko u Grzegorzka jest grane na wysokim C,
bohaterowie nie mówią – krzyczą, nie chodzą – biegają, nie rozmawiają – tylko się okłamują. Ich nerwowość, kompletny brak kontroli nad emocjami i czynami
podkreśla reżyser zabiegami technicznymi, nerwowym ruchem kamery, przestrzeniami, zbliżeniami na twarz. Grzegorzek to twórca manieryczny, napastliwy w swoich filmach, męczący. Trzeba się
przyzwyczaić do jego sposobu opowiadania, do psychoanalitycznych i teatralnych ciągot. Do programowej sztuczności. „Jestem twój”. Przyznam, że to, jak opowiada swój film
Grzegorzek, mnie nie przekonuje, ale nie jestem w stanie przejść obojętnie obok tego, co chce powiedzieć.
Podobny problem mam też z filmem . Wybitny animator po raz pierwszy zdecydował się nakręcić film aktorski, by podzielić się z widzem doświadczeniem
opieki nad umierającym ojcem. Choć film jest niewątpliwie prawdziwy, a męka, którą przechodzą obaj mężczyźni, została wyestetyzowana do roli przykuwających wzrok obrazów w obiektywie
Adama Sikory, to jednak coś w nim zgrzyta, a pokłócenie porządków naturalistycznego i symbolicznego jeszcze bardziej rozbiło film wybitnego animatora.
O relacjach ojciec – syn, ale tym razem nie przez pryzmat wyszukanych symboli, lecz przyziemnego nałogu opowiada w . Główną rolę lekarza
psychiatry, który nie radzi sobie z własnym życiem, w jej fabularnym debiucie zagrał znakomicie Paweł Królikowski. Dębskiej udało się bardzo dobrze uchwycić sceny szpitalne –
terapię, niekiedy rozbrajająco śmieszną, niekiedy kończącą się prawdziwymi tragediami. Choć jej film jest złamany w finale i tak stanowi ciekawą propozycję kina psychologicznego. Twórcy
młodszego pokolenia pokazali więc w Gdyni, że mają swój wyraźny charakter pisma, wiedzą, o co im chodzi, i nie boją się eksperymentować. Filmy polskie są też wreszcie profesjonalnie
zrobione i artystycznie mające coś do zaproponowania.