Słyszałem, że ludziom tak się mój film kojarzy. W pierwszej scenie, w której pojawia się Bronisław, czyli Marcin Dorociński, myślałem właśnie o Tyrmandzie. Miałem
bardzo jasne wyobrażenie, jak "Rewers" ma wyglądać, chciałem, żeby miejscami był utrzymany w estetyce filmu noir. Bardzo pomogli mi scenografowie warszawiacy Magda
Dipont i Robert Czesak. To nie jest sprzyjające ekipom filmowym miasto, niewiele zostało miejsc nieskażonych, zachowanych w niezmienionym kształcie od lat. Przestrzeń jest bardzo zniszczona w
sensie filmowym – niby budynek się zachował, ale tu antena satelitarna, tu kostka Bauma, tam siding. Długo szukaliśmy domu, w którym mieszkają bohaterki filmu, miał
przypominać wyspę, trochę jak z "Delicatessen". Co do "Złego", to moim zdaniem to powieść nie do przełożenia na film. Pięknie o tym Gombrowicz pisał, że
u Tyrmanda wszystko mieni się w języku. Jak używa języka, jak wszystko w tym języku wykreował.
Tak, lubię kryminały, bo w ogóle lubię gatunkowe rzeczy. A najbardziej lubię gatunkowe rzeczy, które mają odwagę coś przełamywać, zabawić się konwencjami. To próbowałem w
"Rewersie" zrobić. Ale to wszystko było w bardzo precyzyjnym scenariuszu Andrzeja Barta.
Szukaliśmy metody i konwencji. Jest w filmie dwudziestominutowa sekwencja grana przez Agatę Buzek i Marcina Dorocińskiego w jednym wnętrzu. Utrzymać uwagę widza w kinie na dwójce aktorów w
jednym pokoju, nie popadając przy tym w teatr telewizji, to było wyzwanie. Krystyna Janda powiedziała mi, że pracuje na moim planie tak, jak nie pracowała od 20 lat. Robiłem próby jak w
teatrze – wypraszałem całą ekipę i próbowaliśmy całą sekwencję. Każda scena była premierowo grana tylko dla mnie. Potem zapraszaliśmy operatora i ustawialiśmy
kamerę.