Dziennik Gazeta Prawana logo

Cannes w oparach marihuany

17 maja 2009, 19:01
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
W rytmie "Hey, Joe" Ang Lee i aktorzy jego z "Taking Woodstock" przeszli w sobotę przez canneński czerwony dywan. Jednak ani tej piosenki, ani hitów z legendarnego festiwalu nie usłyszeliśmy w samym filmie. Obraz wprawdzie świetnie oddaje atmosferę słynnego lata miłości i festiwalowych szaleństw, ale daleko mu do geniuszu oscarowej "Tajemnicy Brokeback Mountain".

„Taking Woodstock” zapisze się w karierze Anga Lee jako mała wycieczka wybitnego reżysera w nieco lżejsze rejony. Laureat Oscara i weneckiego Złotego Lwa zaskoczył nas tym razem komedią – przyjemną do oglądania, ciekawą z historycznego punktu widzenia i wprawiającą w dobry nastrój.

zostało oparte na wspomnieniach , który w 1969 roku był niezbyt wziętym designerem i współwłaścicielem zrujnowanego motelu o dumnej nazwie El Monaco w Wallkill w stanie Nowy Jork. By ratować rodzinny biznes Elliotowi ściągnął organizatorów festiwalu muzycznego do swojej mieściny i przekonać sąsiada by na trzy dni wynajął im swoje 600 akrowe pole. Zainteresowanie festiwalem szybko przerosło oczekiwania organizatorów (w sumie na Woodstock pojawiło się 500 tysięcy osób), a sprytna matka Elliotta (doskonała ) biegająca między hippisami w podomce i czepku tryskała pomysłami jak zarobić na gościach.

W filmie Anga Lee – z centrum dowodzenia, którym staje się El Monaco. Do sceny nie podchodzimy ani razu. Owszem, słychać z daleka muzykę, są słynne, uwiecznione na fotografiach kąpiele w błocie, są narkotyczne wizje po LSD, jointy i ciasteczka z haszyszem, którymi częstuje się zrzędliwych rodziców Elliota, ale artyści przybyli na Woodstock interesują reżysera najmniej. Woli pokazywać miejscowe staruszki robiące hippisom kanapki albo przyglądające się sesjom z indyjskim guru. : odpowiedzialnego za ochronę całej imprezy byłego marines, weterana wojny w Korei, a w czasach Woodstock transseksualistę biegającego w damskich ciuchach i każącego się nazywać Wilmą (genialny ).

. Tak jak w jednym z ujęć „Taking Woodstock” chłopak trzyma tabliczkę z napisem: „Bob Dylan please come”, tak widz ma ochotę choć na sekundę spojrzeć w twarz Janis Joplin albo usłyszeć jeden z przebojów, które weszły do kanonu muzyki. Ani jednak Dylan nie pojawił się na Woodstock, ani najsłynniejsza scena muzyczna świata na ekranie.

p

"Tajemnicę Brokeback Mountain" znajdziesz w sklepie LITERIA.pl >

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj