Opowieści o życiu uczuciowym i erotycznym wampirów były wcześniej domeną . Kiedy jej saga o Lestacie się zakończyła, Rice znalazła następczynię w osobie sentymentalnej , która podjęła walkę o dusze emo-młodzieży. Czteroczęściowa saga powieściowa tej autorki opowiada o nastoletniej Belli, która z Phoenix przeprowadza się do prowincjonalnego Forks w stanie Waszyngton i zakochuje w koledze z klasy Edwardzie Cullenie. Jego inność i atrakcyjność wynika z tego, że jest wampirem. Dysponuje nadludzką siłą, ma wyostrzone zmysły, potrafi być czuły i dobry. Zła się wyrzekł. Tak jak i inni członkowie rodziny, zrezygnował z upajania się ludzką krwią, przeszedł na swoisty wegetarianizm i żywi się wyłącznie krwią zwierząt. Problem w tym, że Bella wydziela zapach tak kuszący, że chłopak z trudem powstrzymuje pragnienie, by wbić się w jej szyję i przejść na ciemną stronę mocy.
Ale pod tanim sentymentalizmem powieści Meyer skrywa się prawdziwy lep na spragnione uczuć nastolatki. W wampiryzmie zabójczo przystojnego Edwarda odbijają się problemy młodzieńczej zakazanej seksualności. I w tym też tkwi chyba największe źródło sukcesu powieści wśród emo-nastolatków, pozostawionych sam na sam z problemami trudnego wieku dojrzewania.
Wampiryczny sztafaż reżyserka , idąc śladami powieściowego oryginału, próbowała umieścić na mapie wątków wyjętych żywcem z klasycznych opowieści o wampirach. W ich wizerunku pojawia się więc egzystencjalny ciężar nieśmiertelności, romantyczna, gotycka ornamentyka, a nawet oklepany wątek rywalizacji z klanem wilkołaków, tutaj wpisanych w indiańskie legendy. Tym bardziej że kulturowa groza zostaje tu jednak cokolwiek oswajana wzorcową normalnością. Żadnych trumien, osikowych kołków, czosnku i krzyży tu nie ma. Dobre wampiry, choć nie przepadają za słońcem i trzymają się z boku, uwielbiają rodzinne mecze bejsbolu i w ogóle żyją w modelowym stadle, a złe, którym wegetariańska dieta nie służy, bardziej przypominają rozchuliganionych rockersów niż demonicznych smakoszy krwi. Nieuchronny pojedynek dobrych ze złymi nie przynosi żadnych właściwie emocji, wyzuty z napięcia, pomysłu i sprowadzony do jednego nudnego mordobicia z efektami. Mocno zresztą archaicznymi.
Efekty specjalne w ogóle wypadają tu dość groteskowo. Skaczący po drzewach wampirzy Romeo ze swą śmiertelną Julią na plecach wygląda jak niezamierzona parodia Tarzana, a cała charakteryzacja opiera się na niezdrowej bladości, osiąganej przy pomocy ton pudru i lansowaniu ekscentrycznej mody w stylu goth. Wątek romansowy rozpisany na zabójczo przystojnego Roberta Patinsona i zdolną Kristen Stewart, choć sentymentalny i przewidywalny, broni się nieco lepiej. Motywy te jednak cały czas utrzymywane są w bezpiecznych ryzach. Pod tym względem jest idealną manifestacją mechanizmów kultury masowej. Tylko dzięki odrobinie oryginalności nie pogrąża się z kretesem w banalnej sztampie rozmieniającej grozę na sentymentalny kicz, ale skupia całą energię na zaspokojeniu potrzeb masowej publiczności, a zwłaszcza pensjonarskich marzeń emocjonalnie rozchwianych nastolatek i ich niezaspokojonych mamuś. I dlatego następne części "Zmierzchu" niechybnie odniosą kasowy sukces, a spece od marketingu postarają się, by żyłę złota, na którą trafili, wyeksploatować do cna.
---