Już twórcy Monty Pythona wiedzieli, że w owcach czai się coś złowieszczego. W pamiętnej scenie z „Latającego cyrku…” baran Basil dowodził grupą przestępczą, a gangi kędzierzawych łotrów rabowały banki i porywały farmerów. „Owce to zazwyczaj łagodne i płochliwe zwierzęta, ale państwu trafił się prawdziwy zabójca” – mówił jeden z bohaterów skeczu. W „Czarnej owcy”, reżyserskim debiucie Jonathana Kinga, zabójców jest całe stado.

Niemal od samego początku wiadomo, czego się spodziewać. Henry Oldfield po latach wraca na rodzinną farmę w Nowej Zelandii, nieświadom tego, że jego starszy brat Angus łącząc DNA ludzi i owiec prowadzi potajemnie doświadczenia na zwierzętach. Jak łatwo się domyślić, eksperyment szybko wymyka się spod kontroli. Przypadkowo uwolniony przez dwójkę młodych obrońców przyrody owczy mutant w błyskawicznym tempie zaraża nie tylko stado swoich pobratymców, ale i wielu ludzi. Ugryzione przez niego zwierzęta stają się żądnymi krwi potworami, ludzie zaś zmieniają się w odrażające monstra. Jedyną osobą, która będzie mogła zatrzymać epidemię, jest oczywiście Henry, który – nie mogło być inaczej – cierpi na ovinofobię, czyli paraliżujący lęk przed owcami…

Część z państwa z pewnością już w tej chwili skreśliła „Czarną owcę” z listy filmów do obejrzenia. Jeśli jednak kogoś bawił „Planet Terror” Roberta Rodrigueza, jeśli kocha wczesne horrory Petera Jacksona, a na serwisach aukcyjnych szuka płyt z takimi filmami jak „Zabójcze ryjówki”, to wyprawa do kina nie będzie czasem straconym. Debiut Kinga to rozrywka dla wybranych widzów, obdarzonych silnym wyczuciem ironii i równie mocnymi żołądkami (widoków rodem z rzeźni twórcy nam bowiem nie szczędzą). – Nie miałem w dzieciństwie żadnej traumatycznej historii na farmie, pomysł na ten film po prostu pojawił się w mojej głowie – mówił reżyser po premierze filmu. – Choć może powinienem jakąś zmyślić.

Nie ma sensu dopisywać filmowi Kinga żadnego głębszego przesłania. „Czarna owca” nie jest ostrzeżeniem przed manipulacjami genetycznymi (choć pewnie gdzieś tam reżyserowi przypomniała się słynna owieczka Dolly), ani apokaliptyczną wizją tego, co może się zdarzyć, gdy człowiek ingeruje w prawa natury. To czysta, niczym nieskrępowana zabawa w tandetne kino, gatunkowa (w tym przypadku na wielu poziomach) prowokacja. Tym lepsza, że nakręcona poza wielkimi filmowymi strukturami, więc reżyser mógł sobie pozwolić na wiele więcej niż twórcy z Hollywood. Autor „Czarnej owcy” podąża zresztą śladami Petera Jacksona, który zanim przerzucił się na wystawne widowiska w rodzaju „Władcy pierścieni”, zrealizował m.in. „Martwicę mózgu” i „Zły smak” – dziś kultowe obrazy kina klasy Z.

King z radością dziecka, któremu wpadły w ręce nowe zabawki, żongluje slapstickiem, humorem sytuacyjnym, odwołuje się nawet złośliwie do popularnego (kiepskiego, dodajmy) żartu, o tym, co Nowozelandczycy robią z owcami w wolnym czasie. Chwilami film jest wręcz przeszarżowany, spirala absurdu nakręca się bowiem z każdą minutą, by w finale granice dobrego smaku zostawić już daleko za sobą.

Za samą decyzję wprowadzenia „Czarnej owcy” do kin dystrybutorowi należą się duże brawa. Nie jest to tytuł, który przyciągnie tłumy, a przez większość widzów zostanie zaklasyfikowany jako bezsensowny, krwawy horror. Choć przecież cały urok „Czarnej owcy” polega na tym, że jest bezsensownym, krwawym horrorem.

CZARNA OWCA

(Black Sheep)

Nowa Zelandia 2007; reżyseria: Jonathan King; obsada: Matthew Chamberlain, Danielle Mason; dystrybucja: SPI; czas: 87 min.

Premiera 25 lipca