Zagrał pan reżysera specjalizującego się w krwawym kinie akcji i horrorach. To nie są gatunki, z którymi się pana kojarzy...

Bob Hoskins: Zagrałem, bo Neil to fantastyczny reżyser, nasz angielski Tarantino! Jest bardzo wyciszonym człowiekiem, ale doskonale wie, co robi. W swoich filmach nie unika krwi, strzelanin i wyczynów kaskaderskich, ale to wszystko czemuś służy. Ma spójną wizję całości, przez co ujęć nie trzeba powtarzać w nieskończoność.

Rola w "Doomsday" to tylko epizod. Grywa pan ich wiele. Czy w ciągu 35 lat w zawodzie zdołał pan zliczyć w ilu filmach zagrał?

Nie, było ich tak wiele, że o niektórych występach nawet zapomniałem. Parę razy zdarzyło mi siedzieć przed telewizorem, oglądać film i zobaczyć nagle na ekranie siebie. Innym razem sam się nie rozpoznałem.

Z pana debiutem w zawodzie wiąże się ciekawa historia...

Mój kumpel zaangażował się w amatorskie kółko teatralne. Kiedyś szliśmy na imprezę, a on zapytał, czy nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zajrzeć na przesłuchanie do roli, na której mu zależało. Czekałem na niego w pubie, to trwało kilka godzin. Wreszcie wrócił i powiedział: "jesteś następny". Byłem wściekły, że kazał mi tyle na siebie czekać, nie chciało mi się z nim dyskutować, więc poszedłem. I dostałem główną rolę, a obecny tam agent stwierdził, że powinienem zainteresować się aktorstwem na poważnie.

Trafiło się panu jak ślepej kurze ziarno?

Coś w tym stylu. Zawsze myślałem, że ludzi takich jak ja po prostu zamyka się w psychiatryku. Ale kiedy trafiłem do show-biznesu, zmieniłem zdanie. Teraz wiem, że kończą jako aktorzy.

Miał pan przedtem jakąś inną pracę?

Byłem portierem w Covent Garden, nająłem się też jako hydraulik, sekretarz w biurze...

Również jako pomoc księgowego.

No tak, wytrzymałem trzy lata, zanim powiedziałem sobie "pieprzyć to". Zacząłem podróżować, najpierw po Europie, aż w końcu w wieku 25 lat trafiłem do kibucu w Izraelu. Chciałem tam zostać na zawsze, ale zbliżała się wojna sześciodniowa, chciano mnie wcielić do izraelskiej armii, więc znowu zwiałem. Do dziś pamiętam, co powiedział mi holenderski Żyd, który przeżył Auschwitz: "Najpierw musisz znaleźć coś, co lubisz robić. Potem musisz znaleźć kogoś, kto będzie ci płacił za robienie czegoś, co lubisz. Wtedy masz karierę!". Wróciłem do Anglii i zająłem się aktorstwem.

Przełomową rolą okazał się gangster Harold Shand z "Długiego Wielkiego Piątku". Ciągle jest pan z nim kojarzony?

Zawsze wydawało mi się, że nie. Ale ostatnio wjeżdżając do siebie na podjazd walnąłem w stojący niedaleko samochód. Wysiadłem, żeby przeprosić. Tamten kierowca był tak przerażony, że od razu zrozumiałem: zobaczył we mnie brutalnego gangstera.

Czy żałuje pan wzięcia udziału w jakimś filmie?

"Super Mario Brothers" to najgorsze doświadczenie w moim życiu. Chyba nie można mieć satysfakcji z grania małego grubawego kolesia.

Czy umie pan oddzielić się od filmowych bohaterów?

Jasne, wychodzę z planu, spuszczam wodę i po sprawie! Jestem gotowy na nowe wyzwanie. Zresztą postaci, które grywam, nie należą do osób, które chciałbym przyprowadzić do domu, przedstawić rodzinie. Ale po "Podróży Felicji", gdzie grałem psychopatycznego seryjnego mordercę, który mści się na kobietach za upokorzenia, jakich doznał od matki, pewnego dnia siedziałem w domu i moja żona powiedziała: "Masz świadomość, że od jakiegoś czasu zachowujesz się dziwnie?". Tak, byłem dziwny, spokojny, w sposób zupełnie do mnie niepodobny.

Ma pan okazję spotykać wielu, delikatnie mówiąc, oryginalnych reżyserów. Ostatnio pracował pan z Abelem Ferrarą nad "Go Go Tales". Jakie to było doświadczenie?

Kompletnie odjechane. Przyszedłem pierwszego dnia na plan, a on do mnie: "Nie wiem, jak ci to powiedzieć, żebyś się nie obraził i sobie nie poszedł, ale chyba wolałbym, żebyś zagrał inną rolę". Kiedy ten facet robi film, zmienia się w kompletnego, wrzeszczącego na wszystkich świra!