"Once" to najlepsze lekarstwo na wiosenną chandrę. Siła tego filmu tkwi w jego prostocie. Jest absolutnie bezpretensjonalny. Niczego nie analizuje. Nie moralizuje. Nie objawia nam żadnych wiekopomnych prawd. Nie wychowuje. Opowiada zwyczajną (ale nie banalną!) historię i robi to w bardzo zwyczajny sposób. Zdjęcia powstawały w różnych miejscach Dublina (przypadkowi przechodnie, których widzimy na ekranie, często nie mieli świadomości, że są filmowani). Były kręcone z ręki, przy naturalnym oświetleniu.

Reklama

Główne role zagrali amatorzy. Oboje są muzykami. On - Glen Hansard gra w popularnej irlandzkiej kapeli The Frames, a przed kamerą dotychczas wystąpił tylko raz - jako gitarzysta w innym irlandzkim filmie "The Commitments". Ona - czeska pieśniarka Marketa Irglova nie ma nawet takiego filmowego doświadczenia. Ale "Once" nie potrzebowało zawodowych aktorów (choć na pewnym etapie produkcji główną rolę zaproponowano Cillianowi Murphy’emu znanemu m.in. z "Wiatru buszującego w jęczmieniu" Kena Loacha i "Śniadania na Plutonie" Neila Jordana). Bo nie potrzebował aktorskiej wirtuozji. Wszystko w tym filmie zbudowane jest na naturalności. Na spontanicznych zachowaniach, zwyczajnych uśmiechach, zwyczajnych spojrzeniach i równie zwyczajnych słowach.

Amerykanie nazwali "Once" romantycznym musicalem, a więc skrzyżowaniem dwóch popularnych zwłaszcza za oceanem gatunków filmowych - komedii romantycznej i musicalu. Ale to porównanie nie ma większego sensu. Owszem, w "Once" dużo śpiewają, jednak w przeciwieństwie do klasycznych musicali piosenki nie są zamiennikiem dialogów. Owszem, punkt wyjścia dla akcji jest taki jak w komediach romantycznych - chłopak poznaje dziewczynę. Tylko że dalszy rozwój wydarzeń niewiele ma wspólnego z hollywoodzką konwencją.

Chłopaka i dziewczynę (w napisach końcowych filmu nie mają nawet imion) połączy muzyka. On gra na ulicach Dublina. Ona jest emigrantką z Czech, która także jest niespełnionym muzykiem. Razem wynajmują studio i nagrywają kilka piosenek. Przypadkowe spotkanie przeradza się w coś głębszego, ale para bohaterów ma świadomość ulotności wspólnych chwil i doznań. Skojarzenia z "Przed wschodem słońca" Richarda Linklatera nasuwają się same. Ale bohaterowie Linklatera w pogłębianiu łączącej ich więzi poszli dalej niż para z "Once".

To film o miłości, w którym nie zobaczycie nawet pocałunku. Emocje i uczucia ukryte są w muzyce i piosence (nagrodzonej tegorocznym Oscarem). A także w klimacie pełnym ciepła i sympatii dla ludzi. Łatwo mu ulec. Ktoś w internecie zwierzył się, że po obejrzeniu "Once" miał chęć objąć i przytulić każdą napotkaną na ulicy osobę. Coś w tym jest. "Once" to znakomite antidotum na wiosenne przygnębienie.

ONCE

Irlandia 2006; Reżyseria: John Carney; Obsada: Glen Hansard, Marketa Irglova, Hugh Walsh, Geoff Minogue, Niall Cleary; Dystrybucja: Gutek Film; Czas: 85 min

Premiera: 28 marca