Czego się nauczyliście, wchodząc w świat wysokobudżetowych produkcji?

Reklama

Shari Springer Berman: Że nawet najbardziej autystyczną, niezależną osobę da się zmusić do współpracy.

Robert Pulcini: Że nie jest tak strasznie, jak mówiono. Byliśmy przygotowani na bardziej zaciętą walkę o nasze pomysły. Choć teraz wiem na pewno, że nie podjąłbym się robienia osobistego filmu dla wielkiego studia. „Niania w Nowym Jorku” nie ma nic wspólnego z kinem autorskim, takim, w które wkładasz całe serce. To film, który służy wyłącznie rozrywce.

Dlaczego po świetnym eksperymentalnym „Amerykańskim splendorze”, który zgarnął nominacje do Oscara i nagrody w Cannes i Sundance, zdecydowaliście się na tak banalny projekt?

SSB: Podobało nam się kręcenie filmu, w którym jednym z bohaterów jest Nowy Jork. To taka walentynka dla miejsca, z którego pochodzimy. I spore wyzwanie, bo w Nowym Jorku to, że robisz film, na nikim nie robi wrażenia. Jeszcze cię zbesztają, że stawiasz kamerę na ich drodze do pracy. No i ci paparazzi, nic się nie ukryje, najlepsze sceny sprzedadzą tabloidy długo przed premierą.

RP: Oczywiście, chcieliśmy też poczuć, co to jest ten Hollywood, do którego nie mieliśmy dostępu, robiąc kino niezależne. Poza tym wbrew intencjom producenta udało nam się włożyć w ten film trochę smutku, który jest w książce. "Niania…” porusza ważny problem całej grupy społecznej - służących. A my w Ameryce wolimy wierzyć, że nasze społeczeństwo nie jest klasowe.

SSB: Marzymy, żeby robić własne filmy, takie jak "Amerykański splendor”, a od czasu do czasu jako przerywnik pojawiać się w Hollywood. Może „Niania…” ułatwi realizację tego planu.

Hollywood to także spotkanie z kapryśnymi gwiazdami. W głównej roli w „Niani…” wystąpiła Scarlett Johansson.

SSB: Poznaliśmy ją kilka lat temu, kiedy miała wystąpić w naszym niezależnym projekcie, który ostatecznie nie wypalił. Rok później zadzwoniła jej agentka z propozycją, że Scarlett chce grać w "Niani...”. Kto by jej odmówił? Przed pierwszym spotkaniem myślałam o niej jako o glamour laleczce z czerwonego dywanu, a ona okazała się superdowcipną mądralą z Nowego Jorku. I nie ma żadnego problemu z graniem osób nieatrakcyjnych, daje się obsadzać wbrew powszechnemu wizerunkowi.

Jesteście parą w życiu i w pracy. Nie marzy się wam zawodowa separacja?

RP: Współpraca z rodziną zawsze jest trudna. Najgorzej idzie ze wspólnym pisaniem, wtedy się najwięcej kłócimy. Ale mamy duże doświadczenie, byliśmy parą, kiedy kręciliśmy swój pierwszy film.

SSB: Co ty opowiadasz! Poznaliśmy się w Columbia Film School, gdzie robiliśmy teledysk. Spotykać się zaczęliśmy kilka lat później.

RP: Jakkolwiek było, czujemy się dość komfortowo, pracując razem. Nie mamy ciągot do solowych projektów.