Że nawet najbardziej autystyczną, niezależną osobę da się zmusić do współpracy.
Że nie jest tak strasznie, jak mówiono. Byliśmy przygotowani na bardziej zaciętą walkę o nasze pomysły. Choć teraz wiem na pewno, że nie podjąłbym się robienia osobistego filmu dla wielkiego studia. „Niania w Nowym Jorku” nie ma nic wspólnego z kinem autorskim, takim, w które wkładasz całe serce. To film, który służy wyłącznie rozrywce.
Podobało nam się kręcenie filmu, w którym jednym z bohaterów jest Nowy Jork. To taka walentynka dla miejsca, z którego pochodzimy. I spore wyzwanie, bo w Nowym Jorku to, że robisz film, na nikim nie robi wrażenia. Jeszcze cię zbesztają, że stawiasz kamerę na ich drodze do pracy. No i ci paparazzi, nic się nie ukryje, najlepsze sceny sprzedadzą tabloidy długo przed premierą.
Oczywiście, chcieliśmy też poczuć, co to jest ten Hollywood, do którego nie mieliśmy dostępu, robiąc kino niezależne. Poza tym wbrew intencjom producenta udało nam się włożyć w ten film trochę smutku, który jest w książce. "Niania…” porusza ważny problem całej grupy społecznej - służących. A my w Ameryce wolimy wierzyć, że nasze społeczeństwo nie jest klasowe.
Marzymy, żeby robić własne filmy, takie jak "Amerykański splendor”, a od czasu do czasu jako przerywnik pojawiać się w Hollywood. Może „Niania…” ułatwi realizację tego planu.
Poznaliśmy ją kilka lat temu, kiedy miała wystąpić w naszym niezależnym projekcie, który ostatecznie nie wypalił. Rok później zadzwoniła jej agentka z propozycją, że Scarlett chce grać w "Niani...”. Kto by jej odmówił? Przed pierwszym spotkaniem myślałam o niej jako o glamour laleczce z czerwonego dywanu, a ona okazała się superdowcipną mądralą z Nowego Jorku. I nie ma żadnego problemu z graniem osób nieatrakcyjnych, daje się obsadzać wbrew powszechnemu wizerunkowi.
Współpraca z rodziną zawsze jest trudna. Najgorzej idzie ze wspólnym pisaniem, wtedy się najwięcej kłócimy. Ale mamy duże doświadczenie, byliśmy parą, kiedy kręciliśmy swój pierwszy film.
Co ty opowiadasz! Poznaliśmy się w Columbia Film School, gdzie robiliśmy teledysk. Spotykać się zaczęliśmy kilka lat później.
Jakkolwiek było, czujemy się dość komfortowo, pracując razem. Nie mamy ciągot do solowych projektów.