W ostatnich latach młodzi autorzy dość powszechnie pokazywali prezentystyczne obrazki polskiej beznadziei. Szybko się ta poetyka zużyła, przynosząc zresztą mało ciekawe rezultaty. Teraz klucza, którym można by otworzyć drzwi do opisu naszej rzeczywistości, poszukują w owej rzeczywistości przetworzeniach: satyrycznych, baśniowych, symbolicznych.

I tak, satyry spróbował Tomasz Drozdowicz, którego debiutanckie "Futro" spotkało się w Gdyni z dość przychylnym przyjęciem. Reżyser skroił portret dysfunkcjonalnej rodziny zebranej na komunijnym przyjęciu. Tak jak w duńskim "Festen", jak w "Dniu weselnym" Altmana, czy niedawnym "Weselu" Wojciecha Smarzowskiego wychodzą na jaw skrywane konflikty, gorzkie żale i cały worek wstydliwych tajemnic.

Reklama

O ile jednak "Wesele" było satyrą na wzbogaconych nuworyszy, o tyle Drozdowicz w krzywym zwierciadle odbija naszą świeżo wykształconą klasę średnią, wytykając jej skrajny materializm i moralny relatywizm. Przy okazji dostajemy zaś katalog patologii i kołtuńskich pozorów rozpisanych na stereotypowe role.

Mamy więc alkoholika, przepracowaną narkomankę, nimfomankę, kryptogeja. Trochę za dużo tej zgnilizny, by mogła ją odkupić jedyna normalna w tym domu wariatów służąca z Ukrainy. Poza tym za wiele karykatury, która na dodatek tam, gdzie powinna być zabawna, bywa toporna, ale satyra w cel jednak trafia.

Niewiele dobrego da się niestety powiedzieć o idącej w symboliczny realizm "Nadziei" innego debiutanta Stanisława Muchy opartej na scenariuszu Krzysztofa Piesiewicza. Znowu, jak to u Piesiewicza, zaczyna się od wypadku samochodowego, który naznacza piętnem tragizmu los bohatera: młodego chłopaka, który przy pomocy kamery wideo udokumentował kradzież cennego obrazu z kościoła przez szanowanego kolekcjonera dzieł sztuki.

Moralna lekcja, jakiej mu udziela, tonie w pretensjonalnościach i tanich gierkach. Przed całkowitym pogrążeniem się w odmętach epigońskiej kieślowszczyzny ratuje „nadzieję” przemycenie w sztucznych dekoracjach garstki autentycznych tęsknot za lepszym światem oraz aktorstwo m.in. Wojciecha Pszoniaka i Zbigniewa Zapasiewicza.

Znacznie ciekawiej wypadł późny fabularny debiut znanego producenta i dokumentalisty Dariusza Jabłońskiego, który w swym filmie "Wino truskawkowe" podjął się zaadoptowania na ekran "Opowieści galicyjskich" Andrzeja Stasiuka. I wybrnął z tego karkołomnego, z uwagi na charakter prozy, zadania całkiem nieźle, utrzymując rygor w konwencji magicznego realizmu, który momentami tylko staje się może odrobinę zbyt magiczny.

Barwna galeria ekscentrycznych ludzkich typów, przenikające się płaszczyzny i porządki opowiadania działają nastrojem, rzeczywistość nie tracąc solidnego materialnego kręgosłupa, staje się na naszych oczach swoim własnym mitem. Dobrym pomysłem było obsadzenie w roli policjanta szukającego zapomnienia o osobistej tragedii na beskidzkiej prowincji czeskiego aktora znanego m.in. z "Samotnych" Jirzego Mahacka, który nieco autystyczną grą nawet najbardziej ryzykowne, baśniowe elementy świata przedstawionego potrafi uwiarygodnić.

Do nurtu magicznego realizmu zaliczyć można też "Sztuczki" Andrzeja Jakimowskiego. Drugi jego film nagrodzony w Wenecji bardzo przypomina debiutanckie "Zmruż oczy". Ta sama poetyka pustych miejsc, niespiesznie opowiadana bajkowa historia i dziecięcy bohater w centrum wydarzeń - chłopak kuszący los, by zbliżyć się do ojca, który przed laty zostawił rodzinę. Jakimowski potrafi wzruszyć, momentami także rozbawić.

Dość skutecznie zaklina rzeczywistość, podgląda jej chropawą, ułożoną z drobiazgów fakturę, zagląda za podszewkę potoczności, dziwi się oczywistościom, korzystając z naiwnych dziecięcych oczu. Momentami tylko za wiele tu polskiego snujstwa i stereotypowych małomiasteczkowych dramatów osadzonych w realiach wałbrzyskiego skansenu biedy. O ile jednak i "Wino truskawkowe", i "Sztuczki" można uznać za bajki udane, o tyle całkowity zawód sprawiła bajka opowiedziana przez Janusza Kamińskiego.

Ci, którzy spodziewali się, że nasz człowiek z Hollywood, nagrodzony Oscarem dokumentalista pokaże, jak wpisać hollywoodzkie wzorce w nasze realia, srodze się zawiedli. "Hania" - opowiastka o przechodzącym kryzys małżeństwie przygarniającym na święta Bożego Narodzenia dziewczynkę z sierocińca - powiela sentymentalne klisze i fabularne wytrychy, porzucając to, co specyficznie polskie na rzecz błahych, krzepiących przesłań.

W ocenie "Hani" krytycy są zgodni, ale "Korowód" Jerzego Stuhra mocno ich podzielił. Stuhr też opowiada bajkę o potrzebie zerwania z zakłamaniem z lustracją w tle. Bajkę wielowątkową, w której student kombinator podąża śladem człowieka, uwikłanego w brudne ubeckie sprawy sprzed lat i precyzyjnie reżyserującego scenariusz swego zniknięcia. Pierwsza część filmu twardo osadzona w naszym tu i teraz, wracająca z pomysłem do ponurego kiedyś w stanie wojennym, jako tako się jeszcze broni, także za sprawą świetnego Jana Frycza.

W drugiej - dydaktycznej części Stuhr popada jednak w naiwności, nieprawdopodobieństwa i cudowne zbiegi okoliczności. W szlachetnym celu: by wyciągnąć historię i teraźniejszość z bagna ubeckiego zakłamania, merkantylnego koniunkturalizmu, tabloidowego zgłupienia. Tyle, że to wyciąganie przybiera formę życzeniowego postulatu z dramaturgicznymi uproszczeniami i bohaterami niczym szachowe figurki przesuwanymi z czarnych na białe pola. Zupełnie zatem niespodziewanie okazało się, że rzeczywistość w baśń lepiej dziś zaklinają ci, którzy wybierają magię prowincji, niż ci, którzy szukają w nich uniwersalnej symboliki, krzepiących pocieszeń i historycznych ekspiacji. Znak czasu?