Jej bohaterką jest Kate - kobieta o wrażliwości kowadła, która w restauracji, gdzie pracuje, czuje się władcą absolutnym. W życiu kucharki wszystko pasuje niemal idealnie: praca daje jej satysfakcję i jest źródłem wysokiego poczucia własnej wartości, którego nie nadwątlają nawet sporadyczne negatywne opinie klientów. Kate nie ma wyrozumiałości dla ich kalekich kubków smakowych, a swe racje potrafi wyłuszczać przybijając do stolików surowe steki.

Reklama

Perfekcyjną codzienność Kate burzy śmierć siostry w wypadku samochodowym. Zagorzała singielka przejmuje opiekę nad osieroconą siostrzenicą, rozpoczynając w ten sposób ich wspólną drogę przez mękę. W międzyczasie do restauracji przybędzie nowy pracownik, niefrasobliwy, ekscentryczny, lecz uroczy kucharz, Nick - wagabunda, który sztuki kulinarnej uczył się nie w szkołach, a podczas podróży po Europie. Czarujący blondyn jako pierwszy roztopi lodowate serce Kate i jej małej podopiecznej Zoe.

"Życie od kuchni" to amerykańska wersją niemieckiej komedii romantycznej "Tylko Marta". Znany polskim widzom film Sandry Nettelbeck był uroczą, lekkostrawną i ładnie podaną opowiastką. Jego remake nie jest już tak smakowity. Przez pierwszą połowę projekcji towarzyszy nam dojmujące uczucie déja vu - Amerykanie idą krok po kroku za swoimi europejskimi poprzednikami: niemal wszystkie dialogi pozostają niezmienione, sceny następują po sobie w dokładnie tej samej kolejności, identyczne są nawet ustawienia kamery.

Za wielką wodą część krytyków uznała "Życie od kuchni" za interesujące ze względu na "niebanalną perspektywę łagodnego feminizmu". Gdzie ją zobaczyli, trudno zgadnąć, bo rzecz to raczej o wadach życiowego projektu polegającego na samorealizowaniu się bez względu na koszty. Nic nowatorskiego. Zresztą w całej produkcji nie doczekamy się powiewu świeżości. Nawet muzyka Philipa Glassa wydaje się skopiowanym zapisem nutowym z jego poprzednich projektów.

Zupełnie nie przekonuje Catherine Zeta-Jones jako Kate. Jej kanciastość i wyniosłość sprawiają, że nie wierzymy w cudowną przemianę bohaterki. Czaru filmowi przydają co prawda amant Aaron Eckhart i znana ze znakomitej roli w "Małej Miss" Abigail Breslin, ale nawet oni nie mają tu nic do zagrania.

Bo "Życie od kuchni" to bezsprzecznie najgorszy z amerykańskich filmów Scotta Hicksa i kolejny dowód słuszności twierdzenia, że starych drzew się nie przesadza.

Przeszło 50-letni reżyser, który jedenaście lat temu w Australii stworzył wielki "Blask", za Oceanem nie nakręcił niczego podobnej jakości. Więc jeśli twórca tej klasy miałby w Hollywood dalej odgrzewać melodramatyczne kotlety w rodzaju "Życia od kuchni", wypada tylko sparafrazować słowa amerykańskiego krytyka wypowiedziane do Wima Wendersa i krzyknąć "Hicks, wracaj do domu!". Dla dobra nas wszystkich.



"Życie od kuchni"
No Reservations
Australia/ USA 2007; Reżyseria: Scott Hicks; Obsada: Catherine Zeta-Jones, Aaron Eckhart, Abigail Breslin; Dystrybucja: Warner Bros; Czas: 105 min
Premiera: 7 września