Wielki talent, bez dwóch zdań. Kolekcjonerka nagród i komplementów. Była już amantką i dewiantką, feministką i "frasobliwą kolejek madonną", sprawdziła się w komediach i lirycznych dramatach, ambitnych serialach i mniej chwalebnej kinowej konfekcji. I nawet śpiewa najlepiej – kto słyszał jej partie Polly Peachum w "Operze za trzy grosze" Bertolda Brechta w reżyserii Macieja Englerta lub w "Balladach morderców" według Nicka Cave’a w reżyserii Jerzego Bieluniasa, nieprędko te interpretacje zapomni. W ogóle trudno Preis zapomnieć w każdym z aktorskich wcieleń.

Reklama

Pracowitość, wielki talent i ciekawa osobowość. Preis jest zawsze perfekcyjnie przygotowana do roli. Czyta biografie, ogląda filmy, rozmawia. Efekt tych żmudnych przygotowań jest widoczny. Oglądając Kingę Preis, zawsze odnosi się wrażenie, że wie o swoich bohaterkach wszystko. Świadomość postaci, które kreuje, jest zaś nieodmiennie filtrowana poprzez własną już i osobną wrażliwość aktorki. Renata z "Poniedziałku" Witolda Adamka (1998), Róża z "Przeprowadzek" Leszka Wosiewicza (2000 – 2001), matka "Pyzy" z "To ja, złodziej" Jacka Bromskiego (2000), "Mimi" z "Ciszy" Michała Rosy (2001), żona Dawida z "Symetrii" Konrada Niewolskiego (2003), Gosia z "Komornika" Feliksa Falka (2005), Dziabasowa w "Domu złym" (2009), Amelia w "Róży" (2011), tworzą imponującą galerię postaci i ról.



Dwukrotnie nie dostała się do PWST w wymarzonym Krakowie. To musiał być cios dla ambitnej dziewczyny pochodzącej ze znanej wrocławskiej artystycznej rodziny: Babka Kingi Preis tańczyła w balecie, dziadek był dyrygentem, ojciec – Rinaldo Preis, z pochodzenia Austriak – wybitnym skrzypkiem (zmarł, kiedy Kinga była dzieckiem), a mama pracowała w Operze Wrocławskiej. Dwa razy egzaminy się nie powiodły; udało się za trzecim podejściem. We Wrocławiu, nie w Krakowie.

Już teatralny debiut Kingi Preis został uznany za objawienie dekady. Jeszcze jako studentka zagrała – u Jerzego Jarockiego – tytułową "Kasię z Heilbronnu" Heinricha Kleista (1994). Jarocki w trakcie długich prób nad przedstawieniem przerobił z Preis w zasadzie całą szkołę aktorską od nowa. I wiele ją nauczył. Kasia w interpretacji Preis była jednocześnie młoda i nieopierzona, ale absolutnie świadoma każdego ruchu, każdego gestu i wypowiadanego ze sceny słowa. Świadoma siebie odmienionej w tunelu granej postaci. Matematyczna precyzja połączona z artystycznym rozwibrowaniem wiele razy przydała się później Preis – zarówno w teatrze, jak i w kinie czy w telewizji. Szczęśliwie, aż do dzisiaj, aktorka nie przeniosła się z Wrocławia do Warszawy, a o swojej pupilce nie zapomniał Jerzy Jarocki. To u niego doskonaliła warsztat i zagrała najważniejsze teatralne role w "Płatonowie. Akcie pominiętym" Czechowa (1996), a także w "Historii PRL według Mrożka" (1998), występowała także we wrocławskich spektaklach Miśkiewicza, Rubina, Kościelniaka, Pięcikiewicz i przede wszystkim Jana Klaty.

Na scenie i w kinie potrafi być stara i młoda, seksowna i odpychająca. Grała ciężarną narkomankę ("Poniedziałek" Witolda Adamka) albo alkoholiczkę, która za tani wisiorek wykorzystuje seksualnie kolegę swojego syna (w "To ja, złodziej" Jacka Bromskiego), była wspaniałą Joanną d’Arc w telewizyjnym "Skowronku" Jeana Anouilha w reżyserii Krzysztofa Zanussiego i bezwzględną bizneswoman w "Ciszy" Michała Rosy. Ten stylistyczny rozrzut nie zawsze wychodził aktorce na dobre, ale jest bez wątpienia potwierdzeniem wielkiej wszechstronności.

Reklama



Preis jest charakterystyczna. Ani z niej amantka, ani babochłop. Ale jest wyrazista. Niska, ruda, korpulentna i piegowata, pozornie niewyróżniająca się z tła. – Zawsze się bałam, że w zawodzie przepadnę z kretesem, bo nie olśnię nikogo ani urodą, ani figurą, ani strojem, ani inteligencją – mówiła. Kamera lubi jednak nieoczywistości, a scena wręcz je kocha. Również bohaterki grane przez Kingę Preis nieustannie się wymakają. Sądom i ocenom. Bywają zbyt gruboskórne w reakcjach, żeby widz mógł się z nimi utożsamiać; zbyt nadwrażliwe i neurotyczne w kolejnych życiowych pomyłkach i autodestrukcyjnych gestach, żeby je potępić. To dziewczyny, kobiety i matki, które ogląda się jakby za szybą. One to nie my. Dlaczego zatem fascynują? Bo Preis wie o bohaterkach wszystko. I szanuje ich wybory. Ów szacunek połączony z pięknie aktorsko uwiarygodnionym cierpieniem, sprawia, że widz – nie utożsamiając się z nimi – rozumie przecież, że sam również był kiedyś w opresji. I cierpiał podobnie. A potem żałował. Z reguły poniewczasie.

Czas dzieli pomiędzy teatr (jest wciąż gwiazdą Teatru Polskiego we Wrocławiu), kino i telewizję. Także w telewizji stworzyła wiele niezapomnianych ról – to choćby Wirginia w "Życiu Galileusza" Brechta w reż. Macieja Prusa i Emilka w "Naszym mieście" Thorntona Wildera w reżyserii Marii Zmarz-Koczanowicz. Sporo zawodowej satysfakcji dały Preis także ambitne telewizyjne seriale. Intrygowała w roli Agnieszki Horn, młodziutkiej aktorki przed pierwszym wielkim sukcesem w "Twarzach i maskach" (2000) Feliksa Falka, a w roli Róży Żychniewicz-Szczygieł w "Przeprowadzkach" Leszka Wosiewicza (2000-2001) przekonująco zagrała kilkadziesiąt lat życia bohaterki. Wyzwaniem dla Preis była rola Maryśki w kontynuacji "Bożej podszewki" Izabelli Cywińskiej (2005). Trudne, karkołomne zadanie. Preis przejęła rolę Maryśki Jurewicz-Lulewicz po Agnieszce Krukównie, która w części pierwszej serialu Cywińskiej stworzyła kreację wybitną. A jednak Preis udało się ocalić siebie. Wkrótce zobaczymy Kingę w kolejnym serialu – produkowanym dla programu drugiego TVP "Ja to mam szczęście". Preis mogłaby to samo powiedzieć o sobie. Ma szczęście. Oraz talent. Rozbija każdą "ciemność".