Pomysł na ten film jest znakomity i witkacowski z ducha. Reżyser i scenarzysta Jacek Koprowicz od dawna zafascynowany barwną postacią Stanisława Ignacego Witkiewicza, badając okoliczności samobójczej śmierci artysty 17 września 1939 roku, doszedł do wniosku, że są one na tyle niejasne, iż pozostawiają przestrzeń do najśmielszych domniemywań. W „Mistyfikacji” przedstawia więc własną wersję wydarzeń, wedle której Witkacy (Jerzy Stuhr) wraz ze swą ostatnią kochanką Czesławą Oknińską (Ewa Błaszczyk) fingują jego samobójstwo, zakopują w grobie przypadkowe zwłoki - ten fakt ujawniła słynna skandaliczna ekshumacja Witkiewicza, która odbyła się pod auspicjami PRLowskich władz w 1988 roku, kiedy do grobu w Zakopanem złożono ciało niezidentyfikowanej kobiety - a następnie żyją spokojnie i w ukryciu do lat 70. Wtedy na trop wciąż malującego obrazy Witkacego, które jego wierna muza i kochanka na bieżąco sprzedaje, wpada zafascynowany nim młody ubek Jakub (Maciej Stuhr), który wszczyna prywatne śledztwo.

Reklama

Rozpoczyna się gra między śledczym, pisarzem i jego kochanką, w której mieszają się fakty z życia Witacego i wątki jego sztuki.
To jest koncepcja zupełnie nie w polskim stylu. Wszakże u nas się nie szarga świętości, szanuje dostojne trupy i przyklęka przed portretem klasyka. Fakt, że ten akurat klasyk był wielbicielem wszelkiej perwersji, zmyślenia i powodowanego użyciem chemicznych substancji zamroczenia zmysłów pewnie nie dla wszystkich usprawiedliwi nekrofilne zapędy Jacka Koprowicza, autora pamiętnego „Medium”, który po latach wrócił na ekrany z tą jawną i bezczelną prowokacją.

Inna sprawa, że między koncepcją, a wykonaniem jest spory rozziew. Choć aktorzy stanęli na wysokości zadania - Stuhr senior jest Witkacym zmęczonym, obleśnym i pokrętnym jak przystało, Ewa Błaszczyk zaś jako obsesyjna muza stworzyła jedną ze swych najlepszych kreacji w karierze - nie da się ukryć, że zabrakło pomysłu na satysfakcjonujące rozwiązanie spiętrzonych przed oczyma widza wątków. Mamy więc wspaniałe, szalone sekwencje, nasycone godnym Witakcego absurdalnym humorem, brakuje im jednak mocniejszego spoiwa.

Im bliżej końca filmu, tym słabiej broni się przyjęta przez reżysera optyka, tym mniej chce nam sie wierzyć w leżący u podstaw koncept. Przesłanie o zbawczym kłamstwie sztuki jako ostatecznej ucieczce od rzeczywistości razi zaś niepotrzebnym banałem.
Jednak niech nam to nie odbiera frywolnej przyjemności z oglądania „Mistyfikacji”. Dajmy się ponieść szaleństwu wyobraźni. Jest to godna podziwu próba wskrzeszenia Witkacowskiego dowcipu, nawet jeśli nie przyniesie nam w ostatecznym rozrachunku spodziewanej satysfakcji.

Katarzyna Nowakowska