„Szalone serce” to standardowa hollywoodzka historia mówiąca, że nie ma takiego upadku, z którego nie można by się podnieść. Atutem skromnego filmu Scotta Coopera jest znakomita kreacja Jeffa Bridgesa

Reklama

Nawet jeżeli to tylko marketingowa anegdota, brzmi wiarygodnie. Podobno „Crazy Heart”, pomimo kilku gwiazd w czołówce (obok Bridgesa mniejsze role grają w filmie m.in. Colin Farrell i Robert Duvall), był projektem realizowanym od razu z myślą o rynku DVD, bez zawracania sobie głowy dystrybucją kinową. To bardzo tania produkcja: kilka plenerów, kilka obiektów, parę piosenek country, wreszcie debiutujący reżyser (Scott Cooper jest przede wszystkim aktorem).

Jednak po obejrzeniu pierwszej układki montażowej producenci filmu byli pod tak dużym wrażeniem kreacji Jeffa Bridgesa, że natychmiast podjęli decyzję o skierowaniu filmu na duże ekrany. Opłaciło się. Bridges dostał fantastyczne recenzje, zebrał prestiżowe nagrody, a Oscar to chyba tylko formalność.

Paradoks znakomitej kreacji Jeffa Bridgesa polega na tym, że w „Szalonym sercu” w gruncie rzeczy powtarza jedynie sprawdzone wcześniej aktorskie patenty, dzięki którym uznawany jest za jednego z najsympatyczniejszych luzaków w Hollywood. Jeżeli wierzyć braciom Coen twierdzącym, że najsłynniejsza filmowa postać Jeffa Bridgesa, czyli Dude w „Big Lebowskim”, była wzorowana na prywatnej osobowości aktora, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w „Crazy Heart” Bridges zagrał po prostu siebie, własną biografię i własne namiętności.

Filmowy Bad Blake, podobnie jak Jeff Bridges, wzbudza natychmiastową sympatię. Wystarczy, że się uśmiechnie – pękają lody. Kiedy go poznajemy, Blake najlepsze lata ma za sobą. Kiedyś był gwiazdą country (postać Blake’a była wzorowana m.in. na Krisie Kristoffersonie i Williem Nelsonie), ale od dawna wyłącznie odcina kupony od minionej sławy. Gra w coraz gorszych spelunach, zarabia coraz słabsze pieniądze, pije coraz więcej whisky. Nie ma zresztą takiej ilości alkoholu, której Blake by nie przyswoił. Nie zawsze jest w stanie utrzymać się na nogach, a przypadkowe partnerki są nieszczególnie atrakcyjne.

Ten dramat nie może jednak trwać w nieskończoność. Amerykańskie kino popularne tym różni się od europejskiego, że nie znosi pesymistycznych zakończeń. W polskim filmie taki Blake zapewne umarłby szybko we własnych wymiocinach, natomiast w Hollywood błyskawicznie dostaje w nagrodę anioła – piękną i wyrozumiałą dziennikarkę (Maggie Gyllenhaal), która wszystko znosi, rozumie i prawie wszystko przebacza. Prawie, gdyż dwugodzinny metraż filmu przewiduje również dwa spektakularne duety country Bridgesa z Colinem Farrellem, tragiczne rozstania, przynoszące ulgę powroty oraz pokrzepiającą puentę. Że nie ma tego złego, co nie wyszłoby na dobre.

Oglądając prostolinijny i niezbyt mądry film Coopera, myślałem wyłącznie o Bridgesie. Niegdyś nieśmiałym chłopcu ze znanej aktorskiej rodziny (Lloyd Bridges, ojciec Jeffa, był jednym z najsławniejszych komików w historii amerykańskiej telewizji), który swoją przygodę z kinem zaczynał od zasłużonej nominacji do Oscara za wyciszoną kreację Duane’a Jacksona w „Ostatnim seansie filmowym” Petera Bogdanovicha w 1971 r. Potem Bridgesowi zdarzały się zarówno spektakularne klapy („King Kong” Johna Guillermina z 1976 roku), jak i równie wartościowe sukcesy (wspomniany „Big Lebowski”, ale także „Fisher King” Terry’ego Gilliama czy „Bez lęku” Petera Weira).

Prywatna biografia aktora jest równie powikłana: uzależnienie od narkotyków, liczne detoksy alkoholowe, wielomiesięczne ucieczki od aktorstwa w muzykę, malarstwo, balangi itd. Jeff Bridges nie musiał się zatem specjalnie starać, żeby w „Szalonym sercu” wypaść wiarygodnie.