Brytyjski dziennikarz rozmawia z dziesiątkami ludzi, podczas śledztwa natyka się na tłum nawiedzonych dziwaków. Dowódcę wywiadu, który chciał się nauczyć przechodzić przez ściany, psychotronicznych szpiegów śledzących na odległość Noriegę, kobietę, która spotkała w łazience przybysza z innej planety.

Tytułowy człowiek, któremu udało się zabić wzrokiem kozę, jest jednym z wielu "rycerzy Jedi" szkolonych przez amerykańską armię według podręcznika autorstwa weterana Wietnamu Jima Channona. Wymyślił on utworzenie Batalionu Matki Ziemi, którego żołnierze dysponujący nadprzyrodzonymi zdolnościami, zamiast zabijać wrogów, hipnotyzowaliby ich i rozdawali kwiaty.

Antybushowska histeria

Czytając o wojskowych na stanowiskach rozbijających umysłem chmury albo wpatrujących się w chomiki, nie sposób się nie uśmiać. Ale przecież są tu fragmenty dość upiorne: karmienie nieświadomych ludzi LSD, torturowanie irakijskich jeńców piosenkami z "Ulicy Sezamkowej" czy powiązania armii z ruchem Heaven’s Gate, którego członkowie szokowali świat masowymi samobójstwami.

Tym bardziej czyta się "Człowieka..." z niejaką konfuzją. Bo jeśli to prawda, świat powinien jakoś zareagować. Tymczasem panuje cisza, której hollywoodzki film nie zmąci. Znacznie wymowę powieści złagodził, rozmienił kpiarską hiperbolę na satyryczne anegdotki, wyśmiewające wojskowych technokratów, psycho-szpiegów traktujące z politowaniem, a new-age’owego guru w mundurze czyniące niemal świętym.

Nieco spóźniony film wpisuje się w poetykę antybushowskiej histerii. Amerykanom za drugiej kadencji George’a W. uderzanie się w piersi zaczęło przychodzić łatwiej w cudze. Dokumenty Michaela Moore’a, reportaże z Guantanamo, doniesienia z Abu Ghraib, filmy o wojnie w Iraku, polityczne rozrachunki z przeszłością – wszystko to wpisuje się w obraz Ameryki, która straciła wiarę i cnotę. Pokazywanie marines w Iraku jako dzikich bestii stało się normą. Gdy w ȁE;Hurt Locker. W pułapce wojnyȁD; Kathryn Bigelow sportretowała ich inaczej, wywołała zamieszanie. Szarganie przestało oburzać. Nie ma już idei, które by uświęcały środki, usprawiedliwiały gwałcenie praw człowieka, sankcjonowały potrzebę ofiar. Nie ma już tabu, o których nie można by mówić. Można nakręcić fikcyjny dokument o zamachu na Busha jak ȁE;Śmierć prezydentaȁD;.

Upiory powracają

Amerykańskie kino zaczęło sięgać do historii, poszukując w niej analogii między wypaczeniami z przeszłości a teraźniejszością. "Frost/Nixon" powracał do afery Watergate, piętnując polityczne kłamstwo Nixona w kontekście współczesnym, "Wojna Charliego Wilsona" podobnie traktowała amerykańskie zaangażowanie w Afganistanie, w "Good Night and Good Luck" George Clooney powracał do czarnej epoki mccarthyzmu.

Niby nic nowego. Przecież amerykańskie kino powietnamskie, polityczne dramaty w rodzaju "Wszystkich ludzi prezydenta", też uderzało w mity, krytycznie się angażowało, interwencyjnie piętnowało. Amerykanie potrafili więc i wcześniej rozliczać się z własnych traum. Dzisiaj jest jednak o tyle inaczej, że tamte filmy uznawały jednak istnienie jakiejś wyższej racji, były w znakomitej większości robione w imię ocalania wyobrażeń Ameryki o sobie samej, a nie ich dekonstrukcji. Obecnie wiara w owe wartości na tyle osłabła, że z amerykańskiego kina, nawet gatunkowego, bije przekonanie, że Pax Americana stracił rację bytu, wyczerpał się, a Amerykanie cierpią na kryzys tożsamości, a na dodatek wstydzą się, że nikt na świecie ich nie lubi.

Obama poprawia nastroje

Za kadencji Obamy katastroficzny nastrój nieco się rozrzedził. Być może zmiana na stanowisku prezydenta najbardziej też stępiła satyryczne ostrze filmowej wersji "Człowieka, który gapił się na kozy". Podobno w pierwotnej wersji scenariusz był znacznie ostrzejszy, ostatecznie skończyło się na antybushowskich reminiscencjach i końcowym przesłaniu, że w dzisiejszych czasach jak nigdy wcześniej potrzebujemy dobrych Jedi. Wyraźny to sygnał, że Ameryka znów chce uwierzyć, że "może być tym, czym mogłaby być", zanim 11 września wojna z terroryzmem i polityka Busha nie odebrały jej złudzeń, co do samej siebie.