Nie wiem, co to znaczy „kino kobiece”. Żeby wyreżyserować film, trzeba być równocześnie mężczyzna i kobietą, umieć oglądać świat oczami obu
płci. A do tego mieć jasne poglądy, wyrazisty punkt widzenia, który nie jest związany z płcią, tylko z osobowością.
Lubię, kiedy w kinie rzeczywistość jest nieokreślona. Lubię, kiedy ktoś zabiera mnie w podróż do rzeczywistości, która jest obok. Sztuka, moim zdaniem, jest rodzajem ucieczki. Chodzi o to,
by dać się oczarować, ponieść wielkości wizji. Lubię być zabierana za linię naszych ograniczeń. Kino jest po to, by móc doświadczyć tego, czego człowiek nie może doświadczyć w
normalnym życiu. Na przykład w „Don’t Look Back” ta sama historia: kobiety, która ma problemy z tożsamością, mogłaby być opowiedziana z punktu widzenia bohaterki
leżącej na kanapie i opowiadającej do kamery o swoich kłopotach. Ale przecież dużo lepiej było wprowadzić w to obłęd, pokazać na ekranie to, co kotłuje się w jej głowie.
Zawsze pilnie obserwowałam reżyserów, z którymi pracowałam. Z Andrzejem Żuławskim spędziłam wiele lat prywatnie i miałam wiele okazji, by zobaczyć, jak widzi świat człowiek, który jest
reżyserem, na co zwraca uwagę, jak przygotowuje się do pracy. Fascynuje mnie patrzenie na ludzi wykonujących swoją pracę. Mój ojciec był robotnikiem, zajmował się remontami mieszkań:
malował ściany, kładł tapety. Uwielbiałam patrzeć na to, jak pracuje. Jak spod jego rąk wychodzi coś ładnego.
Monica zagrała pierwsza. Ja kręciłam swoją część po niej. Rzeczywiście czytałam gdzieś, że podobno kazano mi się powściągać. Tymczasem grając, czułam się zachęcana przez
reżyserkę do uwypuklania kontrastu między moim sposobem bycia i grania, a tym, jak robi to Monica.
Ale Marina miała rację! By uzyskać od publiczności to, co ona chciała uzyskać: próbę zrozumienia, współczucie dla bohaterki, musiała wziąć aktorkę, która budzi przede wszystkim
pozytywne uczucia, jest kochana przez publiczność. Dzięki temu można przemówić do widza w osobisty sposób, można mu przekazać, że on też może poradzić sobie ze swoimi sprawami. Przejść
od obserwacji do empatii, uczestnictwa.
Ja potrafię się wczuć nawet w krzesło (śmiech). Nie mam z tym najmniejszych problemów.
Kiedy wychodzisz na ulicę i ludzie rozpoznają cię, czujesz niesamowitą energię dookoła siebie. Można chłonąć tę energię i pozostawać sobą, zachowywać się naturalnie tylko wtedy, kiedy
przyjmiesz założenie, że taka jest norma. Tak naprawdę przecież nie jest. Kiedy jest się popularnym, nawet świat otaczający cię się zmienia. W momencie w którym przestajesz sobie
uświadamiać, że to tylko założenie normalności i zaczynasz wierzyć w tę wykreowaną rzeczywistość, jest źle. Nie chodzi o to, że to sztuczna rzeczywistość, tylko niezwykła. Trzeba się
pilnować, bo inaczej będziesz grać 24 godziny na dobę. Nie tylko dla publiczności, ale też dla bliskich i dla siebie. Wszystko będzie mechaniczne – i twoja gra stanie się nawykowa.
Wcześniej czy później publiczność też to pozna. A aktor zacznie być sobą śmiertelnie znudzony. Więc jeśli nie dla innych, to z czystego egoizmu trzeba się przed tym bronić.
Wróciłam do szkoły i dzieci pokazywały mnie palcem: patrz, Sophie Marceau! Dzieci nie były dla mnie miłe. Wyczuwały, że nie czuję się z tym komfortowo. Czasem reagowałam agresją, gdy
ktoś odreagowywał na mnie swoje kompleksy. Nie miałam pojęcia, jak się zachowywać, przecież nie nauczyli mnie w szkole, jak radzić sobie z popularnością.
Nie i nie chcę tego robić teraz. Lubię spoglądać wewnątrz siebie. Nigdy wstecz. Nie chodzi o to, że nie mam wspomnień czy dobrych wspomnień, ale nie jestem typem osoby, która roztrząsa
przeszłość. Chodzi o to, czy masz poczucie wolności z tym, kim jesteś, czy czujesz się uwięziony w swojej przeszłości. Zaczynasz zastanawiać się nad wszystkim, aż orientujesz się, że
ugrzązłeś w życiu, które już nie należy do ciebie. Dla mnie to brzmi jak piekło. Wolę żyć świadomie i przytomnie niż w zmorach przeszłości. Co wcale nie znaczy, że zapomniałam, skąd
się wzięłam i co mnie ukształtowało.
Owszem. Żałuję paru rzeczy. Ale dopóki potrafisz zaakceptować, że nie możesz już tego zmienić, to pożyteczny żal. Inny powoduje, że człowiek gorzknieje. A ja nie chcę zgorzknieć. Kiedy
będę stara, chcę się uśmiechać i mówić: przeżyłam życie najlepiej, jak umiałam.
O nie! Całe życie przy pomocy was, dziennikarzy, piszę wspomnienia. Starczy. Te wywiady są jak darmowa terapia: wałkujemy moje dzieciństwo, młodość, karierę... (śmiech)
Tak, w Nowym Jorku. Ale moje życie to też inni ludzie: moje dzieci, które muszą mieć normalny rytm dnia, przyjaciół, powtarzalne czynności, a to wyklucza mieszkanie jedną nogą we Francji,
drugą w USA. Ale nie pojechałabym do Stanów tylko dla filmów. Lubię ich kino, lubię ich reżyserów, ale przemysł filmowy lubię już znacznie mniej. Nie pasuję do takiego systemu, nawet
jeśli jest skuteczniejszy od europejskiego. Zaoferowano mi tam piękne role: w „Braveheart” czy w Bondzie, i bardzo dobrze mi się pracowało przy tych filmach.
Jestem dobrym żołnierzem, kiedy jestem na planie, robię, co do mnie należy. Ale obawiam się, że amerykański przemysł przytłacza indywidualność. Tego bym się tam bała. Nie chcę
generalizować, ale uważam, że role kobiece w Europie są znacznie mniej stereotypowe niż w Ameryce. Ile razy zachwycam się filmem amerykańskim, opowiada on o mężczyznach. Może jestem za
skomplikowana na hollywoodzkie kino? Chyba oni to wiedzą.