Dziennik Gazeta Prawana logo

Niepokoje Volkera Schloendorffa

17 grudnia 2009, 10:31
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Niepokoje Volkera Schloendorffa
Inne
Wybitny niemiecki reżyser doczekał się u nas swego rodzaju benefisu. Na ostatnim festiwalu Plus Camerimage uhonorowano go nagrodą za całokształt twórczości, teraz po polsku ukazała się autobiograficzna książka Volkera Schloendorffa. Lektura obowiązkowa nie tylko dla kinomanów.
fr_volker_schloendo_263474a_903833.jpg
Volker Schloendorff "Światło, cień i ruch"






Publikacją jednak najważniejszą jest polskie wydanie autobiograficznej książki Schloendorffa "Światło, cień i ruch. Moje życie, moje filmy". Książki znakomitej, odbiegającej od klasycznej wspomnieniowej formuły. Owszem, Schloendorff trzyma się chronologii własnych losów, ujmuje własne życie w ramy żywej narracji.

Opowiada o wojennym i tuż powojennym dzieciństwie spędzanym w Bierbich i Schlangenbadzie pod Wiesbaden, o szkole i jezuickim internacie we Francji, o młodzieńczych lekturach, początkach filmowej kariery we Francji, o terminowaniu u Louisa Malle’a, Jean-Pierre’a Melleville’a i Jeana Renoira, o kulisach realizacji swoich własnych filmów, o długoletnim związku z Margeritte von Trottą, o przyjaźniach z Guenterem Grassem, Heinrichem Boellem, Arthurem Millerem, Maksem Frischem, których dzieła przenosił na ekran, o podróżach i politycznych postawach.

Schloendorff potrafi opowiadać. Barwnie, potoczyście, własnym charakterem pisma. Potrafi uciec w anegdotę, a to o wyzwolonym trybie życia Brigitte Bardot, a to o gwiazdorskich manierach Daniela Olbrychskiego, a to o ekscentryzmie Melleville’a, a to o własnych miłosnych i erotycznych frustracjach. Ale jego narracja od początku wykracza bardzo daleko poza faktograficzno-humorystyczne gawędy bywałego w świecie filmowca. Właściwie każdy rozdział pisze Schloendorff po coś. Podporządkowuje pisanie rozliczeniu się z samym sobą, ze światem i ludźmi, łączy formułę kronikarskiego zapisu z refleksją psychologiczną, socjologiczną, a w końcu z bezlitosnym autokomentarzem do własnej twórczości.

Książka jest zapisem symbolicznej biografii niemieckiego inteligenta z wojennej generacji. Schloendorff opisuje, jak sam wraz z braćmi i rówieśnikami zdradził pokolenie rodziców. Nie podzielał powojennej frustracji, zbuntowany przeciw pruskiemu ordungowi, przeszedł na stronę Amerykanów stacjonujących w okolicy jego rodzinnego domu. Potem zdradził własną kulturę dla francuskiej. To właśnie pokolenie rozsadziło niemiecką kulturę od środka. Sam Schloendorff angażował się ideologicznie, walczył o prawa więźniów politycznych. Na kartach autobiografii rozlicza się ze swych lewicowych przekonań, roztrząsa dylematy "czasu ołowiu", gdy z jednej strony solidaryzował się z ideałami Frakcji Czerwonej Armii, z drugiej odrzucał jej metody.

To właśnie on, wraz z grupą podobnie myślących reżyserów - Fassbinderem, Herzogiem, Wendersem, Klugem, stworzył podwaliny nowego kina niemieckiego, zadającego istotne pytania, krytykującego społeczną konserwę, dekonstruującego bezpieczny model "kina taty" obowiązujący w Niemczech wcześniej. Jego "Niepokoje wychowanka Toerlessa" (1965) na podstawie Musila deszyfrowały stan anomii, który ułatwił dojście do władzy Hitlerowi, w "Utraconej czci Katarzyny Blum" (1976) opartej na pamflecie Boella walczył z konserwatywną prasą springerowską, w "Słomianym ogniu" (1974) opowiadał o pozornym równouprawnieniu, w ekranizacji powieści Grassa "Blaszany bębenek" (1979), za którą otrzymał Złotą Palmę w Cannes i Oscara, rozliczał się z niemiecką mitologią raju utraconego, rodzącym się rewizjonizmem. Z czasem odszedł od polityki. Ekranizował Prousta w "Miłości Swanna" (1983), Millera w "Śmierci komiwojażera" (1985), Frischa w "Homo Faber" (1991), ale przecież nie przypadkiem to właśnie on zrobił za nas "Strajk" (2005) opowiadający o strajku 1980 r. w Stoczni Gdańskiej. Z poczucia przyzwoitości, z chęci przypomnienia, że historia nie rodzi się wyłącznie na szczytach władzy.

Z tym także zmaga się w swej autobiografii: z niemieckim poczuciem winy, z kompleksem własnej odpowiedzialności. Największymi bodaj zaletami "Światła, cienia i ruchu" są jej szczerość i przełamywanie tabu, jest bezinteresowna, pozbawiona konfesyjnego patosu, niepopadająca w łatwą autokreację.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj