Ciężko się z Tobą umówić. Zajęty jesteś bardzo…
Wojciech Smarzowski: No, trochę. Mam jakieś napięcia przed premierą „Domu Złego”. Jeszcze jakieś kolaudacje, mielonki i biegam tak z miejsca na miejsce…

Mielonki?
O seriale mi chodzi. Teraz akurat „Londyńczyków” montuję.

Czyli seriale to mielonka i jako reżyser jesteś trochę rozdarty między koniecznością zarabiania pieniędzy i autorskim kinem, tak?
W ogóle nie jestem rozdarty. Rzeczywiście podzieliłem sobie w głowie rzeczy na takie, które robię dla pieniędzy i takie, które robię dla idei.

A to nie jest rozdarcie?
Nie, ani trochę. Nie robię nic pośrodku. Wtedy to by było rozdarcie. Oczywiście, moim marzeniem jest to, żeby nie musieć robić seriali, tylko kręcić filmy, móc się z nich utrzymać, mieć środki i czas na spokojne przygotowywanie się do kolejnych projektów. To jest sytuacja idealna, która póki co jest niemożliwa, więc czasem robię seriale, czasem robię reklamy. Reklamy są anonimowe, a więc bezpieczne. O nich nie rozmawiamy. Nie wiadomo, którą reklamę zrobiłem. W serialach niestety od razu wszystko widać. Ale, choć robię je dla pieniędzy, robię najlepiej jak potrafię w ramach scenariusza, który dostaję i w ramach warunków, jakie stwarza mi producent. Owszem, istnieją takie seriale, o których można powiedzieć, że są autorskie jak „Twin Peaks” Lyncha, a w polskich realiach „Glina” Pasikowskiego. Tych nie nazwałbym mielonką, ale na razie nie udało mi się jeszcze takiego zrobić.


Uważasz „Londyńczyków” za serial niedobry?
Nie chcę wartościować. Siedzę w tym, robię najlepiej jak potrafię…

Czyli wystarczająco dobrze, żeby dostawać nagrody, nawet za granicą…
No dobra, ale nagrody to jedno, a to co sobie myślimy to jest drugie. Myślę, że to jest serial powyżej średniej. A jeśli chodzi o moje doświadczenia, to jest tam kilu aktorów, z którymi można pracować, czyli mam lepsze narzędzia może niż inni… Też nie chcę, żeby to tak zabrzmiało, że gdzie indziej nie ma dobrych aktorów i warunków. Poobrażają się na mnie, ale w sumie to niech się obrażają.

W Stanach zrobienie dobrego serialu otwiera szeroko drzwi poważnych filmowych producentów. A poza tym do telewizji przeniósł się niezły kawałek niezależnego kina. Seriale stały się nośnikiem treści i form, które nie mieszczą się w konserwatywnym hollywoodzkim modelu. Tymczasem u nas reżyserzy ciągle się wstydzą tego, że robią seriale. Nie da się robić autorskich seriali u nas? Pewnie można, ale to jest jednak wciąż bardzo trudne. Mamy raptem tych zamawiających produkcję seriali dwie stacje komercyjne i jedną publiczną. Te stacje mają swoje oczekiwania, decydują o skierowaniu konkretnych tytułów do produkcji, o ich ostatecznym kształcie, czyli prawie o wszystkim. I widzimy jak to potem wygląda…

Słabo?
Tak, słabo, ale chyba i tak powoli zmienia się na lepsze. No i w międzyczasie udaje się czasem jakiś film zrobić.


No właśnie. Za „Dom zły” dostałeś niedawno nagrodę za reżyserię w Gdyni, film właśnie wchodzi na ekrany kin. Opinie krytyki są entuzjastyczne. Widzę, że na szybie wisi recenzja Tadeusza Sobolewskiego z „Gazety Wyborczej”…
To nie ja ją tu powiesiłem. Rozmawiamy w biurze moich producentów i to oni ją tu zawiesili. Podejrzewam, że zrobili to celowo, żeby mnie wytrącić z równowagi. Jeszcze miesiąc temu by im się udało, teraz już nie.

Czyli obchodzi Cię to, co krytycy o Twoich filmach piszą?
Rzadko czytam recenzje, ale fajnie jest czasem przeczytać o czym zrobiłem film. Kiedyś mocniej się tym emocjonowałem, mocniej to przeżywałem. Teraz jestem troszkę mocniejszy. Mam jakąś widownię, która chce oglądać moje filmy. Ona może nie jest specjalnie duża, bo nie robię filmów dla everymana, ale jest. Od czasu do czasu dostaję też jakieś nagrody, czyli mam takie wsparcie, że te moje filmy nie są jednak wywalone w próżnię.

Kiedy wychodziłem z kina po obejrzeniu „Domu złego”, mój kolega, też krytyk, stwierdził, że to formalny majstersztyk zrodzony z nienawiści, pokazujący jakieś bestie ludzkie funkcjonujące w świecie, w którym dla zła nie ma alternatywy. Rzeczywistość jest wyłącznie czarna.
To nieprawda. Ja tych ludzi bronię i wielu z nich można obronić. W tym strasznym świecie nie wszyscy są jednoznacznie negatywni. To nie jest tak, że wszystko jest takie jednoznacznie mroczne i beznadziejne. Nie powiem nic odkrywczego, jeśli powiem, że dobro mnie nie interesuje, a zło mnie pociąga, bo wszyscy tak mogą powiedzieć. Kino tym się karmi. Natomiast próg estetyczny mam nieco przesunięty. Lubię sytuacje skatologiczne, brudne. To, co dla mnie jeszcze jest standardem, inni uznać mogą już za przerysowanie. Tak mam i tego nie zmienię chyba już, bo to służy jednak jakiemuś intensyfikowaniu pewnych zachowań.


Ale jak mówisz jednocześnie próbujesz bronić tych swoich bohaterów.
Oczywiście, to jest jakby punkt wyjścia, daję im jakąś beznadziejną sytuację na starcie, a potem próbuję ich tłumaczyć, ratować, bronić. Wydaje mi się, że próbuję bronić człowieka, jakby to nie zabrzmiało.

Próbujesz bronić człowieka, ale jednocześnie zachowujesz się jak behawiorysta. Patrzysz tą kamerą, obserwujesz jak przez mikroskop i cieszysz się jak z tych ludzi wychodzi zło. No bo dobro cię nie interesuje, myślisz że nie da się zrobić dobrego filmu o zwykłym życiu?
Nie wiem czy się da, czy nie. Mnie to nie interesuje. Robię filmy bo coś mnie drażni, coś mi przeszkadza w życiu, we mnie. To jest taka forma buntu, prowokacji. Pewnie, że najlepiej by było zakończyć ten film tak, że dobry milicjant ratuje niesłusznie podejrzanego, razem uciekają do lasu. I nagrody na festiwalach murowane.

Myślisz, że kwestia happy endu przekłada się na nagrody?
Niepotrzebnie to powiedziałem. Chodzi o to że takie jasne zakończenie, gdzie zło i tak będzie ukarane, a dobro zawsze zwycięży byłoby bardziej klasyczne i widz poczułby się bardziej bezpieczny. A nie o to mi chodzi, żeby widzowi było dobrze, bo tak w ogóle to nie jest dobrze. Ten dom jest bardziej zły niż dobry.

Świat jest raczej zły niż dobry?
Dom to jest świat i ja przynajmniej tak sądzę, że jest bardziej zły, niż dobry.

Ale tego dobra poszukujesz…
Strasznie.


Scenariusz napisaliście z Łukaszem Kośmickim 12 lat temu, jeszcze przed „Weselem”.
Tak. To był jeden z pierwszych scenariuszy, jakie napisałem. Bodajże drugi i przez lata nie udawało się go zrealizować.

Inspiracją była nowelka Rostworowskiego, tak?
Nie. Kiedy robiłem „Wesele” to punktem odniesienia był dla mnie dramat Wyspiańskiego, natomiast tutaj ta sytuacja z Rostworowskim jest wtórna. Najpierw powstała ta historia, a dokładnie jej część jesienna, bo część zimowa była w tej pierwszej wersji sprzed 12 lat śladowa i funkcjonowała raczej jako przerywnik. Robiłem wtedy „Małżowinę” – w mojej głowie bardziej jednak film niż teatr telewizji. Osiem dni zdjęciowych ze Świetlickim. I chyba właśnie Świetlicki albo operator Andrzej Szulkowski, w każdym razie któryś z nich przeczytał ten mój scenariusz i powiedział, że to „Niespodzianka” Rostworowskiego. Ja jako niedouczony samouk poszedłem do biblioteki, przeczytałem, ale nie wpłynęło to specjalnie na ostateczny kształt mojej historii. Tyle, że puściłem oko do widza, jakiś kolor dodałem. Choć scenariusz cały czas przerabiałem. Inaczej by ten film wyglądał, gdybym go zrobił 12 lat temu, inaczej wygląda dzisiaj.

Kiedy zaraz po „Weselu” wspominałeś o zamiarze zrealizowania „Domu złego” mówiłeś, że ponieważ sam jesteś w specyficznej sytuacji, założyłeś rodzinę, urodził ci się syn, będziesz chciał czarny scenariusz nieco złagodzić. Zrobiłeś to?
Tak. Urodziło się dziecko. A reakcją na to, co się działo w moim życiu było to, że nie robiłem filmów. Wydaje mi się, że odróżniam kino od swojego życia prywatnego i pewnie jest to jeden z powodów, dla których nie robię tak często filmów.


Powiedziałeś niedawno, że sam urodziłeś się w Domu złym. Miałeś na myśli Peerel?
No właśnie, co ja miałem na myśli? Po prostu nie ucieknę od tego. Jestem, jaki jestem, bo taki świat mnie ukształtował. Mimo, że miałem wtedy, w 1981 roku, 18 lat, zdawałem maturę. Zrobiłem ten film, on ma pewnie parę warstw i jedną z tych warstw jest warstwa rozliczeniowa. Na pewno ten film nie powstał z nienawiści, bo cały czas myślę o tym, co powiedziałeś. Raczej zastanawiam się, dlaczego jestem, jaki jestem, dlaczego wszyscy jesteśmy, jacy jesteśmy. My Homo sovieticus. Z tamtych czasów się wywodzimy.

Czyli właściwie zadajesz sobie to samo pytanie, co w „Weselu”, tylko odnosisz je do historii?
Tak. Takich nas ukształtowała historia i musi wymrzeć co najmniej pokolenie, żeby coś się zmieniło.

Wiesz, ja Peerel pamiętam słabiej niż Ty. W 1981 roku miałem 10 lat. Ale coś tam pamiętam i w warstwie wyglądów i w warstwie opisu mentalności, szarzyzny, a nawet mitologii, to, co pokazujesz zaskakująco się zgadza z tym, co pamiętam.
Co ja mogę powiedzieć. Cieszę się.

W „Weselu” cała akcja rozgrywa się w ciągu jednej nocy, w „Domu złym” zamykasz ją w bardzo ograniczonym wycinu dwóch czasów. Powoli taka kondensacja akcji staje się Twoją metodą twórczą. Kiedyś mówiłeś o scenariuszu pod tytułem „Drogówka”, który też ma podobną konstrukcję...
Ten scenariusz leży cały czas gdzieś w szufladzie. Jeszcze nie dojrzałem, żeby go wypuścić. Rzeczywiście, lubię takie historie, które są gdzieś na granicy kina teatru, dokumentu. Lubię jedność czasu, miejsca i akcji. Ale to, że lubię nie oznacza, że zawsze już będę tak robił. Lubię zamknąć historię w obrębie jakiegoś czasu, a tu ta dwoistość czasu była ważna: dzień – noc, dobro- zło i tak dalej.


Czyli świadomie grasz symboliką bardziej uniwersalną niż w „Weselu”?
To jest trochę poza mną. Gdybym zrobił to „Wesele” jako taką sobie historię jednej nocy, bardziej przaśną, bez tych odniesień, prowokacji, zaczepek. Gdyby to była taka zwykła rubaszna komedia, to nikt by się do mnie nie dowalał, że tak filmuję Polaków. Ale filmy trzeba opowiadać na paru warstwach. A im ta najbardziej podstawowa jest precyzyjniejsza, wiarygodniejsza psychologicznie, tym lepiej. Ale to jest dopiero punkt wyjścia, żeby wyjmować kamerę, bo dla samych tylko naskórkowych historii nie ma po co.

Rozliczanie się z polskim garbem ciągle jakoś powraca.
No tak to się jakoś składa. Ja się może ze sobą też rozliczam, nie tylko z polskością. Robię po prostu filmy o tym, co mnie irytuje osobiście, wkurza.

„Dom zły” bywa, chociażby w tym tekście Sobolewskiego, który wisi na szybie, porównywany z „Fargo” braci Coen. To porównanie wydaje ci się trafne?
No pewnie. Agnieszka Matysiak, żona Arka Jakubika, nazwała mnie trzecim bratem Coen (śmiech). Ale tak poważnie to nie, absolutnie nie. Rozumiem jakim tropem to poszło: że zima, że pierwszy kadr, że policjantka w ciąży. Jeśli coś mi się podoba w tym porównaniu, to raczej to, że w „Fargo” bracia w pewnym momencie zamienili mi bohaterów. Najpierw kibicowałem temu nieudacznikowi, a potem nagle policjantce w ciąży i zupełnie nie wiem kiedy ta zamiana nastąpiła. I to mnie tak urzekło, że być może jakiś ślad przejąłem. Na początku opowiadam historię Środoniem granym przez Arka Jakubika, potem narrację przejmuje policjant Mróz, czyli Bartek Topa, a potem znów wracamy do Środonia.


A scenariusz nad którym teraz pracujesz to też będzie taka skondensowana historia rozgrywająca się w ograniczonym uniwersum?
Najprawdopodobniej za rok wejdę w zdjęcia do nie swojego tekstu. Michał Szczerbik napisał scenariusz o trudnej miłości na gruzach na przełomie 1945 i 46 roku. Chciałbym to zamknąć w jednym roku, rozwiesić tę akcję na cztery pory roku, ze wszystkimi znaczeniami jakie niosą dla historii, a w tle jest unicestwienie Mazurów, czyli może znowu rozliczenie?

Pierwszy długi metraż według cudzego scenariusza. Zacząłeś sam pisać, bo nie ma dobrych tekstów, czy może piszesz dlatego, że chcesz być autorem od początku do końca?

Dla mnie najważniejsze narzędzia to scenariusz, aktorzy i montaż. Nic innego mnie nie interesuje. Bez tego nie ma dobrego filmu. Przeczytałem mnóstwo scenariuszy, ale większość była naskórkowa i błaha. Ale nie tylko dlatego sam piszę, że nie mogę trafić na dobry tekst dla siebie, ale po prostu lubię pisać i też się w tym realizuję.

Jesteś drugim reżyserem po Łukaszu Palkowskim, którego o to pytam. Nie myślałeś o „Złym” Tyrmanda?
Mówiłem nie raz, że zawsze mnie interesował i też nie jestem pierwszym, który o tym myślał…

Ale w moim przekonaniu Ty byś potrafił.
To miłe. Nawet się raz, czy dwa zetknąłem z panem, który miał do niego prawa, był też scenariusz, ale jakoś się nie udało. Ostatnio znalazłem książkę „Warunek” Eustachego Rylskiego , zdobyłem telefon do pisarza, zadzwoniłem, a on mi na to, że to się nie nadaje na film, nie wyraził zgody i koniec. Nie obrażam się, ale to jest świetna książka. Wyheblowałem ławki w Empiku bo potrzebuję dobrej literatury. Ciągle zderzam się z ludźmi, czegoś szukam, coś zmieniam.


Właśnie a propos ludzi, chciałem zapytać o aktorów, bo powtarzają się właściwie ci sami, którzy grali w „Weselu” . To jest tak, że przywiązujesz się do ludzi?
Oczywiście, zaczynam ustalanie składu od Dziędziela, który jest dla mnie takim wzorcem.

A potem reszta? Jakubik, Topa, Dyblik…
Ale też w „Domu złym” zagrali Kinga Preis, Robert Więckiewicz, Eryk Lubos, a jest wielu, z którymi chciałbym pracować i to się może jeszcze kiedyś uda. Aktorzy, których znam dają mi poczucie bezpieczeństwa, ufam im, podobnie postrzegamy świat, komunikujemy się już w oszczędny sposób. Ale to nie jest nic odkrywczego, wielu reżyserów tak robi. Mam swoją ekipę, ale lubię coś czasem zmienić, coś zakłócić, żeby nie było za fajnie.