"Dom zły"
Polska 2009; reżyseria: Wojciech Smarzowski; obsada: Marian Dziędziel, Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik, Bartłomiej Topa; dystrybucja: ITI Cinema; czas: 105 min; Premiera: 27 listopada; Ocena 5/6


Zima stulecia. Kłująca w oczy biel ostro odcina się od zczerniałego trupa jakiegoś domu. Kiedyś mieszkali tutaj ludzie – rodzina Dziabasów. Dzisiaj zostały tylko zgliszcza. Mamy 1982 rok, chłopcy w mundurach milicyjnych piją na umór. Stan wojenny w Polsce jest przecież stanem beznadziejnie pijanym. Mężczyźni przyjechali po to, żeby dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się w domu Dziabasów cztery lata temu. Jest z nimi oskarżony o podwójne morderstwo Środoń, są akta i zachlany w sztok prokurator, ale jest również prawda. Nieuchwytna, nie do złapania.

Smarzowski, wspomagany przez rewelacyjnie dysponowaną ekipę, z operatorem, Krzysztofem Ptakiem na czele, z wirtuozerią miesza dwa plany czasowe. Ponura jesień 1978 roku, kiedy miało miejsce morderstwo, refrenowo miesza się ze scenami milicyjnej wizji lokalnej cztery lata później. Kto zabił i czy na pewno to był Środoń? - odpowiedź na to pytanie powinna przesądzać o naszym stosunku do bohaterów i całego filmu, tymczasem w filmie Wojtka Smarzowskiego nie ma żadnego znaczenia. „Dom zły” proponuje bowiem przewrotkę znaczeniową. To thriller, w którym bardzo ważna jest psychologia postaci, a jednocześnie film bardzo mocno osadzony w polskich realiach, ale zadający uniwersalne pytania o charakterze niemal filozoficznym. Pytania o grzech, sumienie, nieznośną „ciężkość” bytu... Z reguły jest przecież tak, że nasze myślenie napotyka na rzeczywistość poddaną nieustannemu ruchowi, a filmowa materia próbuje jakoś wizualizować tę myśl nadając jej formę, która staje się czymś w rodzaju migawkowego zdjęcia ustanawiającego kanon dla kolejnych stopklatek. Prowokacyjna siła „Domu złego” polega na tym, że o ile forma filmu jest cyzelatorsko dopracowana, o tyle w warstwie emocjonalnej pojawiają się wyłącznie znaki zapytania. Żadnego kanonu, nigdy nie poznamy odpowiedzi.

p






Film Smarzowskiego boleśnie przypomina, że każdy dom jest zły: to więzienie, bez szansy na przedterminowe zwolnienie. Swoje trzeba odsiedzieć, żeby nie wyjść na wolność. Bo wszystko i tak zostało przesądzone. Toksyna „złego domu” przenosi się z willi dziadków na mieszkanie naszych rodziców. Zła nie można zneutralizować. Co zatem zostało? Reżyser nie daje odpowiedzi, dobrze wie, że takowa nie istnieje, wprowadza więc kolejne paradoksalne wątki oboczne – na przykład homoerotyczny związek księdza i zamordowanego poprzednika Środonia w okolicznym pegerze – żeby w finale, z okrutną ironią, powiedzieć: możemy się bardzo starać, żyć uczciwie i etycznie, ale i tak nie uciekniemy od przeznaczenia. Wóda nas dopadnie, albo śmierć, albo zło. „Wewnątrz wielkiego powszechnego więzienia urządziłem sobie więzienie mniejsze, na miarę” – pisał Ionesco w „Samotniku”. Dom Dziabasów był więzieniem na miarę jego mieszkańców. Zostało pogorzelisko. Swąd cudzej śmierci. Jeszcze trochę czuć tutaj trupem.

Wyzywająca siła „Domu złego”, moim zdaniem jednego z najważniejszych polskich tytułów tej dekady, polega także na tym, że Smarzowski portretując bohaterów umieszczonych w różnych uwarunkowaniach społecznych i politycznych (stan wojenny), wprowadza do ich portretów wspólną dla wszystkich, ciemną tonację. Prymitywny, łaknący szczęścia Dziabas w interpretacji Mariana Dziędziela; niby cwany, ale w gruncie rzeczy zagubiony Środoń (znakomity Arkadiusz Jakubik); wreszcie ambitny porucznik Mróz (Bartek Topa), który jako jedyny w trakcie wizji lokalnej próbuje zadać sobie pytanie: co się naprawdę wydarzyło w domu Dziabasów – wszyscy są tak samo uwikłani. Dopadła ich siła „domu złego”, egzystencjalna toksyna na którą nie mamy żadnego wpływu. Reżyserowi nie chodzi jednak o żadne wielkie słowa, o metafizykę. Trawestując zdanie Anny Kowalskiej z jej „Dzienników”, oglądamy wciąż to samo „poletko nie Pana Boga”. Ziemia jałowa.