Dlaczego gwiazda kina decyduje się na pracę w telewizji?

Joseph Fiennes: Dobre pytanie. Zaczynałem w teatrze dla młodzieży, kiedy miałem 17 lat. Od tamtej pory chciałem występować wyłącznie na deskach teatralnych. Film i telewizja nie leżały w kręgu moich zainteresowań. W teatrze udało mi się współpracować ze wspaniałymi reżyserami, choćby z Arthurem Millerem w One Stage. Po drodze pracowałem w radiu, lecz poruszałem się głównie między dwoma mediami – teatrem i filmem. Telewizja pojawiła się na radarze dopiero jakieś dziesięć lat temu. Właśnie wtedy zaczęto realizować dramaty obyczajowe naprawdę wysokiej jakości. Absolutnym przełomem była dla mnie „Rodzina Soprano”, a następnie „Prawo ulicy”. Widać było, że w branży są fantastyczni reżyserzy. Pomyślałem wtedy: „Wow, to naprawdę ciekawe”.

Między kinem a telewizją zawsze istniała swego rodzaju przepaść. Telewizję postrzegano jako goorszą siostrę X muzy.

Ta granica całkowicie się już zatarła. Mam poczucie, że należę do pokolenia, które zaczęło robić karierę w momencie, w którym tak naprawdę telewizja stała się nowym kinem. Uwielbiam film z całym jego ogromem i rozmachem. Kocham Davida Leana, Kubricka, Hitchocka, Spielberga. Dla mnie to nigdy się nie zmieni. Ale sądzę, że dziś większość ludzi ma w salonach własne kino. Kiedy byłem dzieckiem nie miałem telewizora. Rodzice kupili go dopiero, gdy skończyłem 14 lat. Teraz mały ekran to iPhone, więc powinniśmy na nowo zdefiniować to pojęcie. A telewizja na wiele sposobów jest tym nowym kinem. Możesz siedzieć w domu i cieszyć się niezwykłą jakością, zarówno obrazu, jak i dźwięku. Ale nie tylko, bo zmieniło się wszystko – pisanie scenariuszy, produkcja. Skoro więc – jak to ujął Darwin – przetrwanie najsilniejszych nie polega na tym, jak wyglądasz czy na ile jesteś inteligentny, lecz na zdolności adaptacji, trzeba się przestawić.

Co zdecydowało o sukcesie „FlashForward. Przebłysku jutra”?

„FlashForward” ma w sobie trochę z uzależniającej intrygi „24 godzin”, a trochę z „Zagubienych” – ogromną obsadę, doskonałą produkcję i tajemniczą mitologię. Opiera się odrobinę na formacie policyjno-sądowym, ale architektoniczny zamysł całości ma znacznie większy rozmach, staje się obejmującą pięć lat, wspaniałą fabułą, podczas której śledzimy postaci i konflikty. Dla mnie był to właśnie nowy rodzaj rozrywki. Kiedy czytałem scenariusz, pomyślałem: „Chciałbym to przeczytać. Chciałbym to obejrzeć. Wciągnąłbym się w to jako widz”.

Na czas zdjęć do serialu musiałeś porzucić Wielką Brytanię. Jak przystosowałeś się do życia w Los Angeles?

Odwiedzałem L.A., od kiedy nakręciłem swój pierwszy film, i przyjeżdżałem dosyć często przez ostatnie 12, 15 lat. Bardzo mi się tu podobało. Ale nie mieszkałem tu, mieszkanie tu jest czymś zupełnie innym. Kilkakrotnie pracowałem tu nad filmami, mam tu wspaniałych przyjaciół. Przyjemnie jest obudzić się, wiedząc, że za parę miesięcy w Londynie będzie szaro i mokro, a ja będę tutaj.

Nie tęsknisz za niczym?

Na pewno za przyjaciółmi i rodziną. Ale już od 20 lat podróżuję od hotelu do hotelu, żyję na walizkach. Zawsze tak było. To część mojego zawodu. Nigdy nie wiem, gdzie będę za kilka miesięcy.

Twoja matka Jini pisała powieści. Czy myślałeś kiedyś, żeby adaptować jedną z nich na potrzeby filmu lub telewizji?

Nie, choć myślę, że jedna lub dwie doskonale by się do tego nadawały. Napisała przepiękną książkę, którą chyba ktoś adaptował jako sztukę teatralną. Nosi tytuł „On Pilgrimage” („Na pielgrzymce”). Moja matka zmarła na raka piersi. Wykryto u niej bardzo agresywny nowotwór. Po tej diagnozie wyruszyła do Lourdes, a potem do Hiszpanii, Irun i Santiago de Compostela, gdzie kończy się ostatnia pielgrzymka. Szła przez pół roku, a potem napisała „On Pilgrimage”. To duchowa książka podróżnicza, pełne poczucia humoru i wzruszające spojrzenie na jej walkę. Z dowcipnym spojrzeniem na Lourdes i szaloną fabrykę plastikowych Matek Boskich. Zawsze miałem poczucie, że to mogłaby być piękna opowieść.

Pracowałeś wcześniej ze swoją rodziną?

Kręciłem z Marthą (reżyserka „Oniegina”) i Ralphem (najbardziej znany z szóstki rodzeństwa, znakomity aktor). Pracowałem też z moim bratem Magnusem, który jest muzykiem. Ostatnio napisał muzykę na mój ślub.

To był dla ciebie bardzo ważny rok – ożeniłeś się i spodziewacie się dziecka.

„The Daily Mail” o tym napisało, ale póki co prawdą jest tylko, że się ożeniłem. Moja żona pochodzi ze Szwajcarii, ja – z Londynu. Pobraliśmy się we Włoszech. Uroczystość organizowaliśmy przez internet, a przygotowanie ślubu dwóch obcych obywateli w ściśle katolickim państwie to nie była łatwa sprawa. Kiedy kręciliśmy czwarty czy piąty odcinek, poleciałem do Włoch, ożeniłem i wróciłem. Teraz czuję się jak w programie ochrony świadków: mam nową żonę, nowe konto w banku, nowy samochód, nowy dom.

O czy jeszcze marzysz?

Nie budzę się rano z gotowym planem na przyszłość. Jestem chyba znacznie bardziej prostą osobą. Nie jestem nawet specjalnie ambitny. Lubię stawiać sobie kreatywne wyzwania, a ten kreatywny dreszczyk, który mi dają, to wszystko, czego mógłbym chcieć. Możliwość robienia tego, co się kocha to prawdziwe błogosławieństwo i nie wydaje mi się, żebym potrzebował wiele więcej.

Rozmawiał: Adam Bennet