"Bunt L." (aka "Buntat na L.") Bułgaria 2006; reżyseria: Kiran Kolarov; obsada: Hristo Garbov, Dicho Hristov, Fani Kolarova, Deyan Slavchev; czas: 106 min; dystrybucja: Vivarto; Premiera: 13 listopada; Ocena 3/6
Reklama



O ucieczce na Zachód marzył przed 1989 roku cały blok wschodni. I wiele też razy historię takich ucieczek albo ich prób kino już opowiadało Nasze też, wystarczy przypomnieć choćby „300 mil do nieba”. Z tego powszechnego w naszej części Europy pragnienia, jeden z najbardziej znanych bułgarskich reżyserów, Kiran Kolarov, spróbował uczynić wolnościowy fetysz nie tylko tamtych, zniewolonych, ale i nowych, postkomunistycznych już czasów.

Jest rok 1986. Loris właśnie skończył studia. Na bal dyplomowy zakłada frak dziadka, ale zamiast na imprezę rusza nad morze. Pompuje dętkę od roweru i dostaje się na statek do upragnionej wolności. Zostaje jednak złapany i trafia do więzienia. Trzy lata później rozpętuje się jesień narodów. Loris na mocy amnestii wychodzi, a upragniona wolność jest w zasięgu ręki. Problem w tym, że system funkcjonujący zgodnie ze sloganem wypisanym na więziennym murze: „Jeśli nie wiesz, nauczymy cię. Jeśli nie możesz – pokażemy ci. Jeśli nie chcesz – i tak cię zmusimy” odcisnął na nim swoje piętno. Świat stał się dla niego obcy. Loris nie wraca więc do normalności, ale urządza się przy naczelniku więzienia i zostaje gangsterem. Zamiast sam wybierać, woli wykonywać rozkazy.

p

Kolarov należy do nowego pokolenia bułgarskich filmowców, którzy próbują w swoich filmach opisać i zrozumieć przemiany ostatnich 20 lat. Fabuła usiłuje wtłoczyć rzeczywistość bułgarską przed i po ustrojowej zmianie w ramy metafory. Łączyć wolnościowe motywy z więzienną symboliką. Godzić styl poważnego rozrachunkowego dramatu z gangsterskim sznytem. Trochę tak jak kiedyś nasze „Psy” albo rosyjski „Brat”, z tymi samymi ambicjami powiedzenia czegoś istotnego w atrakcyjnej formule.

I poniekąd się udaje, tyle, że te obrazki poniekąd spóźnione, ważne być może dla samych Bułgarów, dla nas jakby mniej. Ich sens sprowadza się do wiecznego buntu przeciw brakowi wartości przyjmującego postać testu, na ile da się owym wartościom zaprzeczyć, by je w końcu gdzieś na samym dnie odnaleźć. W totalitarnym państwie Loris buntował się przeciw zniewoleniu, w nowej Bułgarii przeciw nadmiarowi wolności, z której ani on sam, ani ogłupiałe społeczeństwo nie potrafi korzystać, a wygrywają ci sami, co wtedy – byli aparatczycy z nomenklatury. To już było, w rozmaitych wersjach i konfiguracjach. A w wykonaniu Kolarowa bywa niestety nie tylko wtórne, ale też momentami niespójne i manieryczne. Brutalny realizm zderza się z naiwnymi nieprawdopodobieństwami, a kluczowy moment nawrócenia pod wpływem miłości zamiast ekspiacji wnosi na ekran bagaż taniego sentymentalizmu. Jest w tym filmie cała masa dobrych chęci, przekonujące aktorstwo, ale i dość schematycznie rozwiązana historia obciążona nadmiarem metaforycznych w zamierzeniu sensów, których zwyczajnie nie była w stanie unieść.