Nie, ale bardzo mi się to podoba.
To praca z moich marzeń. Na początku zdjęć trochę się denerwowałem, bo nie byłem pewien, jak mam zagrać przemiany moich bohaterów. Okazało się, że wszystko zostało dokładnie zaplanowane i w niektóre dni gram Henryego, a Edwarda w pozostałe. To zabawne i eksytujące jednocześnie. Ale też daje mi niezłego kopa. Jestem przecież w ciągłym ruchu.
Oczywiście. Wieloktornie wcielałem się w różne postaci. Zawsze jednak udawało mi się odzielać pracę od rzeczywistości. Tym razem jest o tyle ciekawiej, że gram dwie osoby równocześnie. Na dodatek „Mój śmiertelny wróg” to ten rodzaj widowiska, w którym nigdy nie wiesz co jest prawdą, a co nie.
W pewnym sensie przygotował mnie na to pobyt w Londynie, gdzie przez całe tygodnie grałem dzień po dniu tą samą rolę w teatrze. Lubię takie życie. Czasem kiedy robisz film i musisz siedieć w przyczepie w oczekiwaniu na kolejne ujęcia przez siedem, osiem godzin dziennie, jesteś o wiele bardziej wyczerpany. Tu nie ma chwili na siedzenie i myślenie. Praca nad serialem jest jak jazda bardzo szybkiem pociągiem.
I zakochałem się w Londynie. Teatry są tam wspaniałe. Moje dzieci mieszkają w Los Angeles, ale praca wydaje się wzywać mnie cały czas na drugi brzeg oceanu. Londyn jest zupełnie inny niż LA, gdzie wszystko robi się według harmonogramu, a ludzie myślą tylko o sobie, o własnym interesie.
Są pewne małe różnice. Jak smaczki dodawane przez scenarzystów. Choćby to, że Edward jest bardziej pewny siebie. I – w przeciwieństwie do praworęcznego Henryego – pisze lewą ręką.
Nie. Za to codziennie wieczorem zajadam się spaghetti bolognaise i moimi ulubionymi doritos.
Praca nad serialem jest jak chodzenie do biura – wszystko zgodnie z grafikiem, dokładnie zaplanowane. Dzięki temu mogę spędzać sporo czasu z dziećmi. W przyszłym tygodniu planujemy wędkowanie.
Nie takiego znowu poważnego. Ale gdybym się w odpowiednim momencie nie opanował, nie doczekałbym czterdziestych urodzin. A tak właśnie rozpoczynam nowy etap w życiu. Kiedyś wydawało mi się, że czterdziestka to nieosiągalna granica.
Rozmawiał Dave Waldon/IFA/Syndykat Autorów