Starzy ludzie męczą i sprawiają problemy, choć z szacunkiem podchodzi się do osiąganego przez nich wieku, a w domu otacza się ich atencją, do końca wspierając i pomagając. 

Wstrząsający jest w "Ostatniej rodzinie" filmie autentyzm. Gdzieś po drodze, patrząc na natłok ponurości i czarności zastanawiamy się, czy nie uczestniczymy przypadkiem w jednym z najbardziej mrocznych doświadczeń w historii kina. Ale wszechobecna kamera, a wcześniej aparat fotograficzny, przypominają nam, że producenci filmu wszystkie wydarzenia mieli udokumentowane, to nie fikcja, to nie wytwór wyobraźni.

Jan Matuszyński, raptem 32-latek, dla którego "Ostatnia rodzina" jest pełnometrażowym debiutem, pokazuje życie w warszawskim bloku z dystansem. Ustawiając dużo starszych od siebie aktorów, ufa im bezgranicznie: daje dużo swobody w ramach zamkniętych biograficznym rysem, jakby sam sobie zadawał pytanie "a co ty wiesz o życiu, młodziku". Andrzej Seweryn odpłaca się maestrią. Będąc pozornie małoekspresyjną postacią, pozostaje w kontrze do wulkanu – Tomasza Beksińskiego.

Dawid Ogrodnik bierze na siebie ciężar największy, mierzony nie tylko koniecznością naśladowania mówienia, poruszania się i wchodzenia w gestykulację. On wyznacza tempo filmu, jego temperaturę. I on jest dla największej liczby osób oczekujących na film postacią mroczną i magnetyczną zarazem, tym, kto będzie porównywany, oceniany, odsądzany od czci i wiary. Pokazanie atutów Beksińskiego radiowca, tłumacza, człowieka kochającego muzykę, "pasjonata" (jak sam o sobie mówi) to aktorska łatwizna. Ogrodnik świetnie radzi sobie i z tym, ale w "Ostatniej rodzinie" widzimy Tomka Beksińskiego ze słabościami, boleściami i lękami. Mężczyznę, który jest drażniąco nieporadny w stosunku do kobiet, ma nerwicę natręctw, jest wkurzająco impulsywny.

Oderwanie od życia artystycznego postaci Beksińskich wielu może zaskoczyć, ale nie o wielkich osiągnięciach to obraz. Rozedrgania, emocjonalne zagubienia, rodzinne dialogi mówią nam jednak o twórcach więcej i bardziej. A na końcu i tak zadamy sobie pytanie – skoro tak emocjonalne jest jego dzieło, to co poza duszą artysty, jakie emocje i doświadczenia do tego doprowadziły?

Specyficznie rozumiana familijność spaja ten film, nie pozwala się rozejść pomiędzy wątkami dotyczącymi sprzedaży obrazów za granicę czy prowadzenia audycji w Trójce. Te, jak i bondowskie tłumaczenia są obecne, ale stanowią raptem uzupełnienie, co w pokazaniu obrazu rodziny specjalnie nie przeszkadza. Obecna jest natomiast muzyka, która jawi się jako najważniejszy element w życiu, coś jak powietrze, obowiązkowy element każdego szarego dnia.

A ten nie byłby tak ostry, tak wyrazisty, tak chwytający i wykrzywiający trzewia, gdyby nie Aleksandra Konieczna, filmowa Zofia Beksińska. Kim jest żona i matka w starciu z jednej strony demonicznymi, ale z drugiej zagubionymi i gdzieś tam na końcu bardzo ciepłymi, ale jednak osobowościami? I co można powiedzieć o psychice takiej osoby, która mimo katastrofy samolotu, klepsydr na ulicach Sanoka, wybuchu gazu nie jest kobietą na skraju załamania nerwowego?

Nie ma szargania świętości, ale nie ma też bicia pokłonów przed legendą mistrzów. Zdzisław Beksiński biega do ponurej PRL-owskiej łazienki, z kafelkami tak brzydkimi, że pękają oczy, a umysł każe zastanowić się, jak człowiek otoczony taką paskudną tandetą i brzydotą, taką dołującą szmirą dwa-trzy metry dalej tworzył dzieła, które przechodzą do historii. Zza cienkich, zrobionych z paździerzowej płyty drzwi słyszymy, jak przykre i gwałtowne problemy gastryczne ma mistrz. Obok w kuchni przy uchylonym lufciku ćmi papierosy Zofia Beksińska. Zazwyczaj jest smutna, bo martwi się albo o męża, albo o syna. Czasem płacze, bo syn przecinając pępowinę, demoluje jej kuchnię, albo właśnie próbował się wysadzić w powietrze. Nie ma w tym nic nadludzkiego, pomnikowego. Bez względu na to, jak bardzo boli, pokazany jest realizm, który jest ważniejszy niż zadowolenie lub stan psychiczny widza.

Nie da się wyprzeć tego filmu z siebie. Nie da się go zapomnieć.