MARCIN CICHOŃSKI: Podejrzewam, że zaskoczysz wszystkich, którzy zobaczą film. Nie jesteś Dodą.

DODA: Władysław Pasikowski nie pisał scenariusza pode mnie, miał całościową koncepcję filmu. Ode mnie zależało, jak ja się w tym odnajdę, czy uda mi się wejść w rolę. Dla każdej aktorki byłoby to wyzwanie, a dla kogoś, kto nie jest aktorką, podwójne.

Był dylemat: zagrać czy nie?

Oczywiście! Ja w ogóle nie chciałam grać, bo uważam że w Polsce jest mnóstwo osób sto razy bardziej utalentowanych niż ja. Ale producent filmu, moi znajomi i przyjaciele, Krzysztof Materna, u którego w spektaklu zagrałam, i od którego to wszystko się zaczęło – wszyscy mnie namawiali. Nie odmówiłam sobie tej przygody i nie żałuję.

Co przeważyło?

To, że jestem fanką serii. To, że jestem kinomanką, uwielbiam filmy. I to, że szansa na taką propozycję, w takim klimacie, była prawdopodobnie jedna na milion. A zawsze mówiłam, że jeśli mam kogoś zagrać, to albo kobietę mafii, albo czarodziejkę z Księżyca. Nagle dostałam taką możliwość – skorzystałam z niej.

Prawdą jest, że Pasikowski prowadzi swoich aktorów niemalże po linijce, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik? Że jest pedantyczny?

Jest pedantyczny, ale dla osoby, która pierwszy raz była na planie, to jest bardzo komfortowa sytuacja. Bałam się, że coś nie wyjdzie. Tu wszystko było pod kontrolą i człowiek czuł się bezpiecznie. A przy okazji miał kontakt z wizjonerem, który ma w głowie już uporządkowany obraz. Nie było czegoś takiego: a spróbujmy to, a spróbujmy inaczej – może się uda, może nie uda.

A był taki moment podczas zdjęć, że zaświeciła ci się kontrolka alarmowa – halo, gdzie ja jestem, co ja robię, czy ja się tu nadaję?

Przy wszystkich trudnych scenach. Nie byłabym ich w stanie odegrać nawet przed moimi przyjaciółmi, a co dopiero przed obcymi ludźmi, kamerami i jeszcze z presją, by nie zniszczyć moim kolegom z planu pracy. To były wszystkie te sceny, które wymagały aktorskiego kunsztu, czyli rozpacz, płacz, spazmy.

To było trudniejsze od sceny egzekucji?

To akurat było bardzo proste – mogłabym to robić codziennie. Byłam wręcz tak podekscytowana, że jak krew z głowy trysnęła na moją twarz, to krzyknęłam: „ale zajebiście!”. Na co pan Władysław Pasikowski powiedział: „Pani Doroto – dubel”. A to nie było łatwe, bo trzeba było zmyć krew z ofiary i ze mnie, na nowo nałożyć make up, było zimno itd.

Czujesz to już, że przez ten film przestaniesz być choć trochę Dodą, jaką znamy?

Nie, czemu? Oświeć mnie!

Kreacja momentami bardzo mocno odbiega od tego, jak jesteś postrzegana i jak sama się przedstawiasz.

To może dobrze. Mam 34 lata, najwyższa pora, żeby ludzie zrozumieli, że ja - będąc w showbizie 20 lat - też dorosłam. Nie do końca jestem różową blondynką, na jaką się kreowałam, mając naście lat, wiedząc, że wtedy ludzie tego potrzebują, takiego american sweet dream. Najwyższa pora zrozumieć, że mam też inne oblicza.

Czyli to prezent od losu?

Tak. Można udzielić miliona wywiadów, po których każdy powie „o wow, jaka ona mądra, o wow, jaka ona dorosła, ile ona ma do powiedzenia”. A za pięć minut zapomina się o tym, i o tym też, że umiem śpiewać. To jest niesamowite.

Zawsze byłaś wkładana w buty. Albo – jak powiedziałaś – różowej landrynki, albo – zbliżone – seksbomby i dyżurnej skandalistki. Jest tak, że mało kto rozmawia z tobą o tym, co naprawdę myślisz? Pasikowski w tym pomoże?

Nie da się ukryć, że w filmie nawet mówię innym tonem. Tak, jak w ciągu dnia. Inaczej jest, kiedy udzielam wywiadów i kreuję swoją własną postać showbiznesową. Wtedy mówię wyżej (tu Doda w sposób wszystkim znany podnosi głos – przypisek red.) i w charakterystyczny sposób. Tworząc swoją postać sceniczną, nie mogłam wejść w kapcie i być dla całej Polski taka, jaka jestem w domu. Musiałam wygrać najbardziej charakterystyczne cechy, które odpowiadały mojej wizji: zawojować cały show biznes. Zrobiłam sobie w głowie badania rynku i widziałam, czego ludzie wtedy najbardziej potrzebowali. Gdzie była nisza i na co było zapotrzebowanie. Ja im to dałam. Ale to się zmienia, bo ludzie się zmieniają. Od mojego startu minęło lat dwadzieścia - najwyższa pora zacząć coś innego.

Jak cię przyjęto na planie? Pojawiłaś się obok aktorów i aktorek z ogromnym dorobkiem.

Bardzo dobrze. I teraz, jak niektórzy pytają mnie, „jak to jest być na plakacie pośród tych twarzy” - szczerze mówiąc, parskam śmiechem, bo przypominają mi się wszystkie sympatyczne sytuacje z backstage’u. Miałam szczęście - trafiłam na bardzo serdecznych kolegów, którzy pomagali mi, służyli dobrymi radami i ramieniem na planie.

A często tego potrzebowałaś?

Nie. Jestem bardzo pilna i perfekcyjna. Starałam się podchodzić do tego profesjonalnie. Jestem sportsmenką, pochodzę z rodziny sportowej. Mam mentalność biegaczki sztafetowej - zrobię wszystko, by nie zawieść moich kolegów. Jestem zawsze na czas, zawsze przygotowana. Zawsze znałam rolę na pamięć. Dubli ze względu na to, że pomyliłam tekst, nie było.

Czym cię świat filmowy zaskoczył?

Że wnętrzności ludzkie można zjeść – są zrobione z banana i soku malinowego. Podjadałam sobie czasami, jak była jakaś śmierć na planie i ktoś nie zdążył posprzątać. Bardzo dobre, polecam. Poza tym jestem w branży dwadzieścia lat, nakręciłam sporo teledysków, więc charakterystykę planu znałam. Ponoć dubli na tym planie było dużo, dużo mniej, ale to kwestia reżysera, który nie lubi robić powtórek i pracuje z takimi aktorami, z którymi nie musi ich robić za wiele, na moje nieszczęście (śmiech). Zawsze kończyliśmy dużo szybciej, niż zakładałam.

Niektórzy aktorzy niczym klątwę traktuję rolę charakterystyczną, z którą są utożsamiani przez lata. Czy dla ciebie będzie w porządku, jeśli zostaniesz zapamiętana jako Mira, kobieta mafii?

Jest to o tyle komiczne, że w związku z moimi prywatnymi perturbacjami i sytuacjami, które mam z prokuraturą, jest to idealny moment na to, abym została tak zapamiętana. To podkreśla irracjonalność sytuacji, w której jestem. Więc niech tak będzie (śmiech).

A co dalej - jeśli Pasikowski albo ktoś inny wyciągnie rękę, to pójdziesz za tym, ograniczając rolę w świecie muzycznym? Czy to będą światy równoległe?

Nie chcę być aktorką i nigdy nią nie będę. I nie pcham się tam…

Stop. Przerywam. Teraz już jesteś aktorką.

Ja dalej uważam, że nie jestem i nie pcham się do tego świata. No chyba, że ktoś da mi świetną komedię. Uważam, że tylko do komedii się nadaję, patrząc na to, co robię z moimi przyjaciółmi. To by mi sprawiło przyjemność - nie musiałabym się męczyć, zagrywać, kombinować, wymyślać. Tylko, wiesz - byłabym sobą i to byłoby super. Natomiast jeśli chodzi o kino, to chciałabym się zająć produkcją i tak kontynuować moją przygodę z kinem.

Zanim film trafił na ekrany i ktokolwiek mógł go zobaczyć, już pojawił się podjazd, wręcz hejt na to, że grasz. Masz jawny diss z Karoliną Korwin Piotrowską, pojawiają się też inne osoby, które cię okładają. Jak to odbierasz?

Gdyby tu był Władysław Pasikowski, to prawdopodobnie wziąłby łyka i na tym zakończył odpowiedź. Nawet nie chciałoby mu się strzępić języka. Ludzie, którzy są zajęci swoją pasją, a przede wszystkim – są ludźmi sukcesu – nie mają czasu przejmować się hejtem i hejtować. To jest oznaka słabości. Bo ktoś, kto wkłada pracę w cokolwiek, wie, że drugiej osoby nie można hejtować, że należy się jej szacunek. Jeśli zaś chodzi o Karolinę, to ona we mnie wzbudza współczucie i pobłażliwość. Mnie jej jest najnormalniej w świecie szkoda. Ona chyba straci wszystkich przyjaciół w show biznesie, krytykując każdego za wszystko i co pięć minut zmieniając zdanie. To jest taka dwubiegunowość - nie można jednego dnia mówić: „Super, fajnie, nie mogę się doczekać, Władysław Pasikowski, Marcin Dorociński”, a za chwilę „nienawidzę, nie chcę, tragedia, żenada”. Chciałoby ci się podążać za tą sinusoidą? Mnie nie za bardzo.

Powiedziałaś o ciężkiej pracy. Kto i jak przygotowywał cię do roli?

Poszłam do Krzysztofa Materny, powiedziałam: „Słuchaj, to wszystko jest przez ciebie. Bo gdyby nie „Słownik ptaszków polskich”, nikt by nie przyszedł na spektakl i by mnie tam nie zobaczył”. Powiedziałam mu: „Radź mi teraz! Tu masz scenariusz, słucham, jakie masz wskazówki”. Krzysztof przeczytał, powiedział, że to jest jeden z najlepszych scenariuszy, jakie w życiu przeczytał. I powiedział: „Bądź sobą, działaj intuicyjnie”. Powiedziałam „Słuuuchaaam???”. Ale wyszłam ze scenariuszem, przeszłam się spacerem co najmniej parę kilometrów i pomyślałam „no, może to jest racja”. Skoro profesjonaliści, reżyserzy proponują mi udział w swoich filmach, swoich projektach, dają mi tak ważną rolę, to może nie powinnam zabijać mojej intuicji – naturalnego sposobu podejścia do aktorstwa - wyuczonym sposobem na reagowanie, bo zniszczę to, co oni we mnie docenili. Uznałam, że nie będę chodziła na żadne korepetycje, nie będę się specjalnie do tego przygotowywać. Nie było żadnych prób – nauczyłam się kwestii i poszłam na plan.

Ale czytając rolę, przyglądając się postaci, jej pewnym nieoczywistościom i sprzecznościom – z jednej strony kobiety uczuciowej, z drugiej beznamiętnej egzekutorki – sama dorysowywałaś sobie szczegóły, które tę kreację czyniły, czy słuchałaś kogoś? Np. Pasikowskiego?

Pasikowski prowadził mnie przez cały czas realizacji i dawał bardzo celne wskazówki. Natomiast ja na co dzień jestem bardzo ekspresyjną osobą. Tak przerysowaną, że jakby ktoś chodził za mną z kamerą, to mógłby kabaret nakręcić, albo kreskówkę. Dla mnie najcięższym zadaniem było zdjąć to wszystko – zagrać z umiarkowaną mimiką. Gdybym miała być sobą, to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Rozmawiałam z moją koleżanką z teatru, Agnieszką Suchorą, która, mam nadzieję, w marcu odbierze Orła za rolę w filmie „Cicha Noc”. Odwoziła mnie ze spektaklu, a ja ją błagałam: „Proszę cię, byłaś na planie, daj mi jakieś wskazówki”. Usłyszałam: „Stara, wszystko dziesięć razy mniej niż w teatrze, rób tak, jakby od niechcenia”. To było dla mnie najgorsze, bo ja nie lubię robić nic od niechcenia. Ja nawet jak mi się nie chcę, to robię tak, jakby mi się chciało.

A co czułaś, schodząc z planu?

Że chcę iść spać. Ja jestem nocnym markiem, chodzę spać o trzeciej. Tam kazali na wstawać o szóstej. Masakra. Jak jet lag.

Widziałaś film?

Tak, już siedem razy.

Jakie wrażenia?

Bardzo bałam się go obejrzeć. Podczas pierwszego pokazu normalnie wyszłam, ku niezadowoleniu pana reżysera, który namawiał mnie, bym została. Wstydziłam się.

Czego?

Siebie. Musiałam się upić, żeby obejrzeć film. I nawet jak się upiłam, to oglądałam go z drugiego pokoju. Dopiero po dwóch butelkach dałam radę.

I jak patrzysz na siebie w filmie – może fajnie byłoby zdjąć trochę tej ekspresji też w życiu?

Nie. Męczyłoby mnie to. To nie ja. Czułabym się jak w kajdankach, a to nie jest miłe.

Ale przez to dziennikarze mają problem. Nie potrafią spojrzeć na ciebie bez tej całej skorupy.

Tak, ale to wy macie problem. To nie jest skorupa. To jest po prostu część mojej osobowości. Niektórzy dośpiewują sobie różne historie, aby łatwiej to było zinterpretować. Ale takich ludzi jak ja spotyka się jeden na milion. Nie można ludzi mierzyć ani jedną i tą samą miarą, ani tylko według siebie. Trzeba do wszystkich podchodzić indywidualnie. Ja moje wnętrze pokazuję bardzo często, ale nie wszyscy są moimi fanami i śledzą każdy mój ruch.

Co teraz z tobą - piosenkarką?

Nagrywam płytę, premiera jeszcze w tym roku. Nie mogę się doczekać.

W jakiej tonacji? Będzie rockowy pazur czy pop?

Ani to, ani to. To będzie coś innego. Coś, czego jeszcze nie robiłam. Nie mogę ci powiedzieć nic więcej. Wejdę do studia za jakiś miesiąc.

Dobrze się czujesz, opowiadając o życiu prywatnym? Ostatnio czytałem wywiad z tobą, oczywiście musiało paść pytanie, jak się czujesz jako singielka.

Takie są prawa, które rządzą show-biznesem. Denerwuje mnie, jak niektórzy artyści biadolą na ten temat. Wiemy, w co wchodzimy, i wiemy, co ludzi kręci. Kochają krew i to, że coś się dzieje. Kochają dramaturgię i prywatność gwiazd - to, do czego nie mają dostępu na co dzień. Tylko od nas zależy, w jakim stopniu będziemy to dozować.

A nie masz wrażenia, że sama tej prywatności pokazałaś za dużo?

Oczywiście. To nie jest wrażenie - zrobiłam mnóstwo błędów. Po pierwsze, nigdy nie miałam menadżera, który by mi dawał wskazówki. Sama jestem swoim menadżerem, uważam, że świetnym. Nauczyłam się na swoich błędach, a to najlepsza lekcja. Po drugie jestem szczera i bezpośrednia, nie kalkuluję. Co w sercu, to na języku. Zawsze miałam w sobie dużo uczucia i fascynacji ludźmi, wszystko im chciałam opowiedzieć, wszystkim się pochwalić. Jeszcze nie wiedziałam, że to się obróci przeciwko mnie i że ludzie nie do końca będą podzielać mój entuzjazm, albo - co gorsza - nie będą mi współczuć, jak u mnie będzie się działa tragedia. Do wszystkiego trzeba dojrzeć i na swojej skórze przemielić. Odrobić lekcję. Ale teraz, jako 34-letnia kobieta mam w rękach coś, czego nie zabierze mi nikt: taki kompas i mapę ze wskazówkami.

I ta mapa mówi ci, że jak się zakochiwałaś, to za bardzo światu to wykrzykiwałaś?

Tak. Pieniądze i prawdziwe uczucia uwielbiają ciszę. I teraz, jeśli się zakocham, to nie będę się dzielić swoją prywatnością.

Jak odbierasz szum wokół twego byłego partnera Nergala, który na 8 marca pokazał prowokacyjny film w internecie (już po naszej rozmowie z Dodą Nergal przeprosił za swój film – przyp red.). Zastanawiasz się, dlaczego to zrobił? Przecież ma też problemy z prokuraturą.

Nie można wszystkich, którzy mają problemy z prokuraturą, wkładać do jednego worka. Jedni mają problemy rangi kryminalnej, a inni problemy, które są tylko po to, aby zrobić szopkę. Każda z tych rzeczy jest inna. Ale jeśli chodzi o Nergala - z całym szacunkiem do wszystkich: i ateistów, i wierzących – w jego przypadku takie zachowanie jest megakiepskie. Może nie każdy widział, jak ludzie wspierali go, kiedy walczył o życie. Cała Polska odpowiedziała na mój apel o pomoc dla osoby dla wielu kompletnie nieznanej. Odpowiedziała tylko po to, by uratować mu życie! I co najmniej połowa z nich, to były osoby wierzące. Psim obowiązkiem Nergala jest jakakolwiek wdzięczność i jakikolwiek szacunek wobec nich. To przestaje być śmieszne.

A jakie są w takim razie – według ciebie – granice wolności artystycznej? Kiedy artysta przestaje mieć prawo do tego, by mówić zawsze to, co chce?

Robisz ze mną wywiad, zadajesz mi pytania. Ja nie mogę czuć się skrępowana, żeby móc ci na nie szczerze odpowiedzieć. Chcę mieć możliwość powiedzenia tego, co myślę. Nie mogę się bać, że mnie ktoś za to ukarze. Muszę mieć możliwość podzielenia się z poglądami z tobą i czytelnikami, również moimi przeciwnikami. Ale gdybym to samo chciała powiedzieć, wchodząc na stołek, krzycząc i nawołując, by wszyscy myśleli tak, jak ja… Nie, to jest właśnie ta różnica. Nie można iść tam, gdzie ktoś myśli inaczej i z premedytacją prowokować lub profanować jakieś symbole. To coś innego. W miejscach, gdzie jest luźna rozmowa, nie można nakładać kagańców.

A na koncercie, na który ludzie przychodzą tylko dla gwiazdy, dla niej kupili bilety?

Mimo że jestem bardzo liberalną osobą i ciężko jest mnie zamknąć w jakichkolwiek ramach, to według mnie koncert jest takim miejscem, na którym powinno się szerzyć dobre rzeczy. Masz pod sceną tysiące ludzi. I tak politycy wykorzystują wszelkie możliwe narzędzia, aby tych ludzi dzielić - my, muzycy i artyści powinniśmy robić wszystko, aby ich łączyć. Często dziennikarze pytają: „Twój głos jest taki głośny - dlaczego nie wykorzystujesz go, żeby protestować i apelować do ludzi, aby piętnowali niektóre zachowania polityków?”. Odpowiadam, że niby dlaczego mam to robić. Ja mam pod swoją sceną zwolenników PiS i ich przeciwników. Opowiadając się po jednej ze stron, obrażam połowę mojej widowni. A nas ma łączyć muzyka, nic więcej.

Ale swoje poglądy masz i na wybory chodzisz?

U znajomych mam ksywę „radykał”. Ale poglądami mogę się podzielić z przyjaciółmi przy wódce albo przy rodzinnym stole. A jako artystka mam zadanie łączyć ludzi i nawoływać ich do dobrych rzeczy. Np. do oddawania szpiku.

A propos wódki. O planach filmowych mówiło się niegdyś, że to miejsce, na których dużo się piło. Jak było na planie „Pitbulla”?

Nic z tego. Było bardzo profesjonalnie. Pewnie dlatego afterparty po skończonym planie trwało do 8 rano.

A relacje pozostały? Przyjaźnisz się z kimś, kogo poznałaś na planie?

To dla mnie bardzo ważne słowo, nie używam go pochopnie. Ja nie przyjaźnię się z nikim z show biznesu, a przyjaciół od kilkunastu lat mam ciągle tych samych. Ale do ludzi z filmu bardzo się zbliżyłam. Ten film wywołał we mnie dużo emocji i oni byli ich świadkami, a to łączy. Większą szansę przetrwać mają te pary, które razem skoczą na bungee, niż te, które pójdą razem na wrotki. Tęskniłam za nimi, mimo że po skończonym planie mogłam się wreszcie wysypiać.

Jakie masz oczekiwania wobec reakcji na film?

Ciężko mi powiedzieć. Trochę z ubolewaniem patrzę na to, w jaką stronę idzie gust fanów kina. Mam wrażenie, że ludzie są pazerni na jakieś ogłupiające teksty, żenujące dowcipy, proste rozwiązania, brak fabuły. Filmy, które są rodzajem relaksu, na którym nie będą musieli myśleć i wyciągać żadnych wniosków. Prosta, najbardziej prymitywna rozrywka.

A ty w którym kierunku – prywatnie – jeśli chodzi o kino podążasz?

Dla mnie najważniejsze jest, żeby mnie coś poruszyło. Jestem stymulowana z tylu stron, że ciężko mnie we jakikolwiek sposób zaskoczyć. Jeżeli więc oglądam film – z jakiejkolwiek kategorii on by nie był – wychodzę, i myślę „nooo…”. Ktoś może po tym zmienić swoje życie. Ostatnio oglądałam film „Czas mroku” o Churchillu – totalna kopalnia cytatów, coś niesamowitego. I podobał mi się „Najlepszy” – świetny polski film. Uważam, że powinien być szkołom pokazywany zamiast „Pana Tadeusza”. Najlepiej nadaje się na te czasy - żeby ćwiczyć osobowość, rozwijać się, przełamywać swoje własne bariery i słabości. Muszę nadrobić filmy oscarowe. „Kształt wody” widziałam – ale tu jestem fanką reżysera, więc wiadomo, że kocham. Może dlatego, że ja sama jestem od czapy.

Wracając do naszego filmu – na dwoje babka wróżyła. Z jednej strony uważam, że jest bardzo ambitny. Władysław Pasikowski tworzy fantastyczne kino. To będzie zupełnie inny „Pitbull”, niż dwie ostatnie części, ale połączy w sobie to, co było wcześniej. Każdy wyjdzie z tego filmu, mając coś dla siebie.