Twój film od początku wzbudzał wiele emocji. Nim stanąłeś na planie "Miasta 44" i padł pierwszy klaps – ale już po sukcesie "Sali samobójców" – niektórzy z przekąsem komentowali, że realizujesz "Salę samobójców 2".
Jan Komasa: Do dziś zastanawiam się, czego to mogło dotyczyć. Może tematu – jednak dla wielu osób zryw powstańczy to był zryw tyleż chwalebny, co samobójczy. My w filmie nie wartościujemy i nie oceniamy zdarzeń, nie po to zostałem reżyserem, by osądzać ludzi i ich postępowanie. Wolę opowiadać o wyborach i decyzjach niemożliwych do podjęcia, niż wskazywać na rozwiązania i mówić, co byłoby lepsze. A wracając do pytania, niektóre osoby pewnie też drażnił fakt, iż młody, nieopierzony zawodowo chłopak zabiera się do filmu opowiadającego o jednym z najważniejszych i najbardziej symbolicznych momentów w naszej historii.

Czułeś się jak kamikadze?
Wiedziałem, że muszę się dobrze przygotować, zrobić wszystko, by sprostać zadaniu. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, wiem, że producent filmu Michał Kwieciński, proponując mi reżyserię "Miasta 44", pewne rzeczy od razu miał przepracowane i wykalkulowane. Sam jest reżyserem, ma nosa i intuicję. Założył, że tak jak ludzie wówczas nie wiedzieli, na co się piszą, biorąc udział w walkach, tak samo i ja nie do końca będę zdawał sobie sprawę z kalibru tematu.

Co to znaczy?
Że ani mnie to nie przytłoczy, ani nie będzie mnie korcić, by opowiedzieć się po którejś ze stron, co już podkreśliłem na początku. Michał Kwieciński wiedział, że będę chciał zrobić film najlepiej, jak potrafię. I tyle. Proszę pamiętać, że od fazy pomysłu do daty premiery minęło 8 lat. Nie próżnowałem przez ten czas.

Budżet twojego filmu to 24 miliony, taka suma huczy w głowie?
Przy odpowiednim podejściu nie. Od początku miałem świadomość, na co jest potrzebna ta suma, a chodziło głównie o zmianę obiektywów z ciasnych na szersze. Dla jednych to będzie tylko tyle, dla innych – aż tyle. Na pewno droższy sprzęt i technologia sprawiły, że nasz film inaczej oddycha. Jednocześnie nie chciałem, by w każdym kadrze budżet krzyczał do widza, nie szafowaliśmy pieniędzmi.

Warszawa jest kolejnym bohaterem twojego filmu – poraniona i słaba staje do walki jak młodzi w "Mieście 44".
Chcieliśmy pokazać postapokaliptyczne miasto, bo tak zapamiętali je ci, którzy brali udział w powstaniu warszawskim. Zależało nam na tym, by widz mógł się poczuć uczestnikiem tamtych wydarzeń, by czuł się człowiekiem z wewnątrz. A Warszawa. Wiesz, często słyszymy, że to miasto zostało naznaczone tamtym czasem na zawsze. Ale co to znaczy? Pragnęliśmy pokazać bliski prawdzie obraz: miasto bez retuszu, ale też bez idealizowania jego oblicza – miasto, które kona, ale które walczy. Tak jak by zawarło sojusz z powstańcami.
Ten film pisaliśmy zupełnie innymi literami niż zwykle. Zmienialiśmy mieszanki tynku i gruzu, by kolor i konsystencja w trakcie filmu robiły się coraz bardziej pylaste, tak jak było w rzeczywistości. To drobiazgi, które pewnie nigdy nie przyszłyby mi do głowy, ale na szczęście miałem czas, by skupić się na detalach, które w efekcie budowały wiarygodność portretu miasta. Upadek Warszawy to w pewnym sensie upadek cywilizacji. Wojna zawsze wynika z głupoty i ludzkiej nienawiści, ale pokazywana na ekranie zwykle wydaje się dalekim i obcym echem. A wojna – lub zagrożenie wojną – to przecież wciąż coś znajomego i bliskiego. Kino powiela heroiczny i bohaterski obraz wojny: wzniosłe hasła i flagi powiewające na wietrze, a rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej.

Dlaczego?
Kwestia odwagi producenta. Reżyserzy chcą ryzykować, ale zwykle wycofują się na prośbę lub żądanie producenta.

Jaki ty miałeś obraz wojny w głowie? Jak budowałeś swoją kronikę?
Czytałem, rozmawiałem, słuchałem. Mieliśmy konsultantów, ale mi zależało nie na prawdzie szeleszczącej papierem, a na tej, którą czasami odrzucasz, bo nie chcesz uwierzyć w kres człowieczeństwa. Wojna to czas mierzony inną miarą, najbardziej skrajne, absurdalne postawy i nieprawdopodobne zachowania stają się realne. Odrzuciłem wszystkie wygładzone i wypielęgnowane relacje. Pod koniec powstania ludzie walczyli cegłami i kijami, bo nie było broni i amunicji. Mało filmowy obrazek, prawda? Wojna zwykle ma ten sam koniec, w pewnym momencie machina wojenna zaczyna przypominać czasy niemal prehistoryczne.

Stefan, główny bohater filmu, przechodzi trudną drogę, od nieco naiwnego chłopca do... No właśnie: kim staje się Stefan?
Kluczem do tej postaci mogłoby być zdanie, które mówi o tym, że odbieranie ludziom godności jest niemal tak samo bolesne jak tortury fizyczne. I wcześniej czy później trzeba znaleźć ujście dla nagromadzonych emocji. Stefan to bardzo sympatyczny młody chłopak. Wierzy w swoje ideały, w ludzi, o kimś takim mówimy, że ma dobre serce. Akademicka uroda, matki marzą o takim mężu dla swoich córek. Na pewno chciałem współpracować z kimś, kto ma szlachetność wypisaną na twarzy. I wcielający się w Stefana Józef Pawłowski ma to wszystko, także na życie, bo nie mówię tylko o jego urodzie. Grał bohatera, który przechodzi emocjonalną i światopoglądową przemianę, co ważne, sam również poddawał się tym procesom. Trudno w to uwierzyć, ale pod koniec zdjęć nawet kolor oczu mu się zmieniał.

Jak trafiłeś na Józefa?
Najogólniej można powiedzieć, że szukałem chłopaka, który jest pozbawiony zła. Potrzebowałem do roli młodego mężczyzny o pewnym kręgosłupie moralnym, wypracowanych ideałach, stabilnym charakterze. Wiedziałem, że musi to być ktoś, kto udźwignie ciężar roli, kto nie załamie się pod wpływem tego, przez co przechodzi filmowy Stefan. Nie chcę zarzucić Józefa nadmiarem komplementów, ale to dobry i szlachetny człowiek, lojalny i obowiązkowy współpracownik oraz niedzisiejszy facet. By móc zagrać Stefana, musiał odrzucić swoje ideały, stać się bezwzględny. To była droga, którą trzeba było odbyć, by ukazać to, co wojna robi z ludźmi. Jak ich mieli i wypluwa, zostawia za sobą zgliszcza nie tylko w postaci zburzonych budynków i płonących domów, pozostawia ludzkie wraki.

Zdaje się, że cała obsada oddała się w twoje ręce bezwarunkowo.
Tak, to prawda. Wybrałem młodych aktorów, którzy mają emocje na zewnątrz. Nie bali mi się oddać, ale ja szukałem nie tylko odważnych, także silnych psychicznie. Oddać jest się w stanie wielu aktorów, ale niewielu jest wstanie to przeżyć. Moi aktorzy z próby na próbę budowali się, stawali się silniejsi. Byli razem, tworzyli wspólnotę. Wypracowanie więzi jest dla mnie ważne, bo ja nie mogę bać się pójść z aktorem w nieznane. Człowiek nie zna swoich limitów, takim testem jest dopiero sytuacja, gdy stajesz na planie, 60 osób na ciebie patrzy, a wszystko wokół wybucha. Muszę wiedzieć, że aktor, którego wybrałem, jest na to gotowy. Szukam partnerów, niepewność po drugiej stronie inicjuje we mnie wątpliwości. Ja zawsze staram się być blisko z ludźmi, z którymi pracuję, nie zostawiam ich po planie, jestem z aktorami, nie obok nich.

Skąd się wzięło takie podejście?
Na pewno zawdzięczam je tacie, który jest aktorem. Nigdy nie bałem się ani bycia z aktorami, ani rozmowy z nimi. Cenię metody pracy, które stosuje się w teatrze, zwykle przenoszę je na plan filmowy. Ideałem jest dla mnie to, co stworzył Krystian Lupa ze swoim zespołem, oni są rodziną. Są momenty, w których nie wiesz, o co się na siebie obrażają, ale za chwilę wszystko wraca do normy – imponują mi ich relacje: żywe, prawdziwe, takie do dotknięcia i objęcia. To nie jest zawodowa współpraca, która kończy się codziennie punkt szósta.

Twoi aktorzy chwalą metody pracy, które im zaproponowałeś. Pytałeś: lubicie swoich bohaterów? To teraz znajdźcie po trzy wady, o które moglibyście uzupełnić ich charaktery.
Jeden z największych błędów, który może popełnić aktor, konstruując postać, to założenie: no dobrze, od tej pory nie lubię już swojego bohatera, ja bym nigdy tak nie postąpił. Szczerze? Nic mnie to nie obchodzi, jak ty byś postąpił. Czy ja lubię Francisa Underwooda, głównego bohatera serialu "House of Cards"? Nie, ale podążam za nim, przejmuję i obchodzi mnie jego historia. Czy tłumy, które wchodzą na Pudelka, robią to, by czytać wyłącznie o postaciach lubianych i cenionych? Nie. Oko podąża za tym wszystkim, do czego często niezręcznie jest się nam przyznać, to niemalże odruch. Dlatego prosiłem aktorów, by nie poprawiali swoich złych cech, bo wówczas ich nie poznam. Mam przyjaciół, których lubię i cenię nie dlatego, że są idealni, ale przez to, że są jacyś – wyraziści, barwni, zaskakujący, także nieznośni.
Przecież każdy z nas ma wady, rzadko kto jest jednowymiarowy. To jest życie. Nie zawsze rozumiem motywacje swoich najbliższych, uważam, że aktor, a tym bardziej widz w kinie, też nie musi. Czy gdybyś wiedziała, o co chodzi w "Zagubionych", przetrwałabyś te sześć sezonów?

Czym jest dla ciebie kino?
Film to rzeczywistość, która nie istnieje. Rodzaj snu. My staramy się oszukać widza, który siedzi w ciemnej sali i ma wrażenie, że widzi to, co widzi swoimi oczami. Że to jego percepcja, jego sposób przeżywania, odczuwania, widzenia. A to przecież nie są jego doświadczenia, to nie są nawet moje i grających u mnie aktorów historie – my jesteśmy jedynie częścią tej iluzji, która "infekuje" niczym wirus umysł odbiorcy. Filmy stały się częścią ogromnej, zbiorowej mitologii, reżyseria dzisiaj to jest rodzaj alchemii. Są filmy, po których długo się trzeba leczyć, które zostają z nami i mają wpływ na to, kim się stajemy, co robimy, jak czujemy. Kino zaczyna wychodzić poza ekran, historie żyją pozafilmowym torem. Dlatego na reżyserach spoczywa ogromna odpowiedzialność, większa niż na twórcach i przedstawicielach innych dziedzin sztuki.

Na czym ci zależy dziś, kiedy "Miasto 44" trafia na ekrany kin?
By ludzie w Polsce doszli do takiego poziomu kultury rozmowy, aby mogli swobodnie dyskutować o własnej historii. To po pierwsze; po drugie, by "Miasto 44" było dowodem na to, że warto stawiać na młodych i dawać im do realizacji filmy, nawet duże i historyczne produkcje. Gdy Michał Kwieciński zaproponował mi współtworzenie "Miasta 44", miałem za sobą jedynie doświadczenie w pracy nad swoją częścią – jedną z trzech – "Ody do radości". Byłem przed filmem "Sala samobójców" i przed spektaklem telewizyjnym "Golgota wrocławska", czyli można powiedzieć, że byłem człowiekiem bez doświadczenia, po którym można było się chyba wszystkiego spodziewać. Michał zaufał mi, uwierzył we mnie. Mam nadzieję, że "Miasto 44" przetrze drogę moim kolegom i koleżankom, ułatwi im możliwość robienia kina, o jakim marzą.