W oscarową noc Los Angeles jak zwykle zmieniło się w jedną wielką salę bankietową świętującą tryumf kina. Kamery pokazywały twarze znane z ekranu. Nie odwracały się w drugą stronę. Nieco dalej manifestowali ludzie z branży filmowej. Zamiast świętować, przybyli pod Dolby Theatre, by przypomnieć, że legenda umiera.

Filmowi technicy, elektrycy, montażyści domagali się od Hollywood, by przestało uciekać z Hollywood. „Polujcie na talent, a nie dopłaty!” – machał zielonym transparentem Tom Capizzi, oświetleniowiec z ekipy od efektów specjalnych m.in. w „Igrzyskach śmierci”.

Capizzi stracił pracę po tym, jak renomowana firma Rhythm & Hues Studios z El Segundo (przedmieścia Los Angeles), dla której pracował, zbankrutowała. Klienci Rhythm & Hues masowo uciekają do Kanady i Wielkiej Brytanii. Mają tam zagwarantowane ceny, ulgi podatkowe, subwencje, o jakich w Kalifornii mogą tylko śnić. – Kocham moją pracę, ale gdy oglądam jakiś film, czuję niemal fizyczny ból, wiedząc, że jego producent zrobił wszystko, by tylko outsourcingować naszą pracę gdzie indziej – mówi Capizzi.

Rok temu zarabiał 110 tys. dol. rocznie, miał dom. Dziś wynajmuje maleńkie mieszkanie i żyje z oszczędności. Jeśli wkrótce nie znajdzie zatrudnienia, podzieli los tysięcy ludzi z branży. Spakuje manatki i wyniesie się z LA.

Hollywoodzki outsourcing fachowo nazywa się „runaway productions” – to filmy, które dla zmniejszenia kosztów kręci się poza Kalifornią, często wręcz poza granicami USA. O skali problemu świadczy fakt, że z dziewiątki tegorocznych finalistów do Oscara za najlepszy film roku tylko jeden – „Ona” – nakręcono i zmontowano w większości w Kalifornii. Z 40 najbardziej kasowych tytułów akcji lat 2012–2013 w Kalifornii powstał tylko jeden. Szykująca się na hit superprodukcja „San Andreas” o trzęsieniu ziemi w południowej Kalifornii jest kręcona w prowincji Queensland w Australii, bo jej producent postanowił skorzystać z wielomilionowego grantu od departamentu kultury w Sydney. Władze Australii wydają grube miliony na wabienie do siebie hollywoodzkiej śmietanki. Wiedzą, że obraz o 100-milionowym budżecie, jak „San Andreas”, to zastrzyk co najmniej 30 mln dla lokalnej gospodarki. Oczekujące na letnie premiery „Godzilla” i „Dawn of the Planet Apes”, oba filmy z akcją rozgrywającą się w San Francisco, nakręcono w Vancouver i na Hawajach. Ruiny Los Angeles w megaprodukcji „Elizjum” sfilmowano w Meksyku, ulice Chicago z hitu „Chicago” – w Toronto, z kolei idylliczne widoki Karoliny Północnej we „Wzgórzu nadziei” – w Rumunii. W USA najwyższe granty i dopłaty, wysokości nawet do 30 proc. kosztów produkcji, czekają na hollywoodzkich filmowców w Nowym Jorku i Nowym Orleanie. 90 proc. wszystkich produkcji runaway Hollywood realizuje w Kanadzie, która w 1997 r. uchwaliła atrakcyjne prawa podatkowe dla filmowców i wsparła ich 1,5 mld dol.

Według raportu Instytutu Milken produkcja filmów na terenie Kalifornii spadła od 2000 r. aż o 60 proc. Przelicza się to na likwidację 50 tys. miejsc pracy, stratę 2,5 mld dol. w potencjalnych zarobkach i 4,5 mld dol. w obrotach, które nie przypadły w udziale kalifornijskiej gospodarce.

Jeżeli nic się nie zmieni, istnieje realne zagrożenie, że po Hollywood zostanie w Hollywood tylko znak na wzgórzu. Produkcje runaway niszczą to, co w Hollywood było zawsze najcenniejsze: koncentrację ludzkiego talentu i zasobów. Jeśli rząd w Sacramento się nie obudzi i nie zaproponuje Hollywood atrakcyjniejszych warunków pracy, będziemy tu mieli drugie Detroit – mówi DGP Kevin Klowden, dyrektor ekonomiczny oddziału Instytutu Milken w Kalifornii.

Nowy burmistrz Los Angeles Eric Garcetti naciska na gubernatora Jerry’ego Browna, by stan zwiększył limit dostępnego kredytu podatkowego dla filmowców z obecnych 100 do 200 mln dol. rocznie. Ale czy to wystarczy, skoro Nowy Jork już teraz oferuje 420 mln dol. takiego kredytu rocznie, a Kanada dwa razy tyle?

Największe kasowe porażki Hollywood w 2013 r. – zestawienie na www.Dziennik.pl