Gdyby pan mógł mieć jedną cechę charakteru Batmana – co by to było?

Christopher Nolan: Najpraktyczniej by było być tak bogatym. Ale postawiłbym raczej na jego samodyscyplinę. Jej zdecydowanie mi brakuje.

Zmierzyć się z Batmanem własnego autorstwa to duże wyzwanie?

Tak, „Mroczny rycerz” był dla mnie zdecydowanie największym wyzwaniem. „Batman – Początek” zrobiliśmy z największym rozmachem, na jaki mogliśmy sobie pozwolić. A teraz musieliśmy się zmierzyć z projektem, który miał być jeszcze większym przedsięwzięciem. Chcieliśmy zwiększyć liczbę bohaterów, zależało nam, aby przesunąć trochę środek ciężkości, jeśli chodzi o gatunek filmu, i spojrzeć na Gotham jak na wielkie płótno, na którym namalujemy tę w zamierzeniu uniwersalną historię. Teraz „Batman” jest bardziej dramatem kryminalnym, czymś w rodzaju „Gorączki” Michaela Manna. Takimi filmami się inspirowaliśmy. Jednym z bohaterów jest Gotham City, stąd nasza decyzja o filmowaniu w formacie IMAX, żeby je było jak najlepiej widać.

To ma wpływ na charaktery poszczególnych postaci?

Przede wszystkim musieliśmy zadać sobie pytanie: kim one teraz są. Patrząc przez pryzmat filmu „Batman – Początek”, zastanawialiśmy się, kim są ikony: Batman, Joker i Harvey Dent, co sobą reprezentują dla dzisiejszej widowni. Wydaje mi się też, że Gotham City z „Mrocznego rycerza” jest bardziej realistyczne niż we wcześniejszych Batmanach. Film jest też wyjątkowo bliski estetyce oryginalnego komiksu.

Premiera „Początku” odbyła się trzy lata temu. Już wtedy wiedział pan, że zaangażuje się w ciąg dalszy?

Zakończenie „Batmana – Początku” wyraźnie wskazuje na to, że to zamknięta całość. Jednak zależało mi też na daniu widzom poczucia, że skoro ikona już powstała, jest w pełni uformowana, jej historia może toczyć się dalej. Tamtą opowieść nazwałbym kulminacją procesu twórczego postaci Batmana. I w tym sensie to zakończenie było otwarte. Tak jest i tym razem. Chciałem, żeby film sam w sobie był kompletny, ale nie zamykam mu drogi do kontynuacji. Najważniejsze było stworzenie napięcia na linii Batman – Joker.

Mówi się, że Heathowi Ledgerowi za Jokera, którego do tej pory na dużym ekranie zagrał tylko Jack Nicholson, należy się pośmiertny Oscar.

Na początku wprowadzenie tej postaci w filmie nie było dla mnie oczywiste. Obawiałem się, że ryzykujemy stworzenie produktu za bardzo sequelopodobnego. Ale dziś jestem zadowolony z efektu, ta postać musiała się tu znaleźć przez wzgląd na zakończenie poprzedniej części. Przed rozpoczęciem zdjęć dużo rozmawiałem z Heathem o tym, jaka to postać, co robi z tym człowiekiem w masce klauna strach przed anarchią, chaosem i obezwładniająca chęć wywalenia wszystkiego i wszystkich wokół w kosmos.

Czy „Mroczny rycerz” to nowa wersja „American Psycho”?

Gdy rozmawialiśmy o scenariuszu, Michael Caine powiedział mi coś bardzo ciekawego: „Ameryka widzi siebie jako Supermana. Cały świat widzi ją jednak jako Batmana”. Coś w tym jest. Batman jest uosobieniem paradoksu związanego z siłą. Stawia pytania o to, jak kierować posiadaną władzą oraz kiedy przekracza się limit swoich kompetencji, kiedy łamie się prawo. Wewnętrzna walka ciemnych impulsów ściera się z chęcią utrzymania porządku. Chęć zemsty za śmierć rodziców miesza się z altruistyczną chęcią niesienia pomocy ludziom. To dlatego według mnie Batman jest najbardziej skomplikowanym z superbohaterów. I przez to najbardziej interesującym. Jest w tej postaci coś monastycznego. To Rachel jest uosobieniem tego, co Batman mógłby mieć, gdyby nie był tym, kim jest. I tego, co stracił.

Czy sądzi pan, że komiksy i filmy tworzą dziś współczesne mitologie?

W kulturze amerykańskiej chyba tak. Superbohaterowie to tam ktoś na równi z greckim czy rzymskim herosem. Jakimś co najmniej Herkulesem. Ale to mnie właśnie w Batmanie najbardziej pociąga – on nie jest bogiem, nie ma boskich właściwości ani władzy absolutnej. Ale jest ludzkim herosem, również w sensie walki z własnymi ograniczeniami.

Wychował się pan na komiksach?

Niespecjalnie je czytywałem jako mały chłopiec. Dlatego teraz oprócz korzystania z pomocy mojego brata Jonathana ściśle współpracowałem z Davidem Goyerem przy tworzeniu scenariusza, bo on ma w temacie spore doświadczenie, sam też rysował komiksy. Ja zawsze od książek wolałem filmy. Pierwsze „Gwiezdne wojny”, przygody Bonda czy Indiany Jonesa. To oni tworzyli mój świat.