Jest pan kojarzony ze Szkocją, skąd pan pochodzi i gdzie kręci filmy, tymczasem zastałam pana w Los Angeles.

David Mackenzie: To chwilowa emigracja. Nie przyjechałem robić kariery w Hollywood, tylko nakręcić tu jeden film. Filmowiec musi podążać za projektami, nie miejscami, nawet jeśli do niektórych bardzo się przyzwyczaił. Tak się złożyło, że akcja filmu "Spread" toczy się w Los Angeles, więc trzeba było kręcić tutaj. Parę miesięcy temu skończyliśmy zdjęcia i zostanę w Kalifornii do ukończenia montażu. To historia podrywacza, którego gra Ashton Kutcher, a partneruje mu m.in. Anne Heche. Zaczyna się trochę komediowo, mam nadzieję, że ludzie będą się śmiać. Potem zamienia się w autorską rzecz a la David Mackenzie - emocjonalna podróż itp.

Nie kusi pana praca w Hollywood?

Los Angeles to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie - przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy kręciłem według scenariusza, na który nie miałem wpływu. Dyskusja z jego autorem o poszczególnych ujęciach albo pomysłach była niemożliwa, bo kręciliśmy podczas strajku scenarzystów. Może to dobrze, bo kiedy jesteś zbyt związany ze scenariuszem, zachowujesz się - trafnie to ujął Gary Oldman - jak facet który próbuje uratować swoje ukochane rzeczy z płonącego domu. Zawsze kręciłem w mrocznej Szkocji, a wiosna w Edynburgu potrafi doprowadzić dużego mężczyznę do płaczu - w kwietniu mamy wszystkie pory roku, nie da się powtórzyć ujęcia, bo słoneczna, prawie letnia pogoda w pół godziny zamienia się w jesienną zawieruchę. A mnie tamtejsza aura już szczególnie nienawidzi. Tylko rozstawiam plan, a wszystko obraca się przeciwko mnie. Dopiero kiedy dotarłem do Los Angeles, klątwa zniknęła. Rozumiem już, dlaczego przemysł filmowy przeniósł się właśnie tutaj - tu można wszystko przewidzieć: liczbę dni zdjęciowych, godziny kręcenia, nawet pogodę!

Zdjęcia do "Hallam Foe" powstały właśnie w Edynburgu. A właściwie na jego dachach.

To było spore wyzwanie, wiedzieliśmy, że interesująco wypadnie sfilmowanie miasta z góry, ale nie jest łatwo wstawić całą ekipę filmową na dach. Ten, na którym kręciliśmy, był bardziej płaski, niż to wydaje się w filmie. Ale bałem się, że złapie mnie jakaś inspekcja pracy, bo za bardzo narażam współpracowników.

Między innymi Jamiego Bella w tytułowej roli.

Śledziłem pilnie karierę Jamiego od czasu "Billy’ego Elliota", od kiedy przeczytałem książkę "Hallam Foe", wyobrażałem sobie go w tej roli, bo idealnie do niej pasował, a po dachach poruszał się zręcznie jak kot. Chciałbym z nim jeszcze kiedyś pracować. Mam pomysł na film o bardzo złym chłopcu, Jamie byłby do tego świetny.

"Hallam Foe" i "Młody Adam" skupiają się na rozterkach młodego mężczyzny, problemach z kobietami, erotyką, tożsamością. Te tematy to niejako pana znak firmowy.

Nie wiem dlaczego tak jest, ale muszę się przyznać, że najnowszy film też krąży wokół tych tematów. Myślę, że sam wciąż szukam metody na to, by dorosnąć. Gdy dorosnę, to zacznę robić filmy o kobietach. Póki co mam nadzieję, że w moich filmach dochodzą do głosu też inne wątki, które ja w nich widzę, nie tylko moja fiksacja stawania się dorosłym, konsekwencji młodzieńczych porywów. Ale chyba coraz lepiej sobie z tym radzę: Adam będzie dźwigał wszystkie swoje błędy do końca życia, nigdy się z nich nie wyzwoli. Dla młodszego od niego Hallama jest nadzieja, jego życie w finale filmu wskakuje na właściwe tory.

Optymizm zakończenia "Hallama Foe" był dla mnie zaskoczeniem. Zazwyczaj poruszał się pan w mroczniejszych rejonach.

Film jest dość mroczny, zwłaszcza gdy przyjrzymy się życiu erotycznemu bohatera. Nie jestem pewien, czy w prawdziwym życiu mógłby tak łatwo wyzwolić się ze swoich obsesji - szukania kobiety podobnej do zmarłej matki, izolowania się od świata, podglądania ludzi. Kiedy jesteś młody, nie masz broni przeciwko swojemu ciału. Większość ludzi ma problem z odnalezieniem się we własnej skórze, gdy dorastają, przynajmniej takie jest moje doświadczenie. Dopiero dorosły wie, jak zdystansować się od swojej cielesności. Chciałbym teraz tchnąć w moje filmy więcej nadziei, poezji, nierealnych pozytywnych zwrotów akcji.

To podglądactwo Hallama może się kojarzyć z pozycją filmowca widzącego świat z bezpiecznej odległości - przez obiektyw kamery.

Oczywiście, że robienie filmów, to leczenie swojego voyeryzmu. W porównaniu z reżyserem Hallam jest niewiniątkiem! Jego podglądactwo jest czyste, pozbawione perwersji, jest jego metodą oswajania świata. On nie jest zły, tylko wybrał złą drogę i wpakował się w kłopoty. Tymczasem filmowcy są w pewnym sensie równie uzależnieni od obserwowania jak kolesie oglądający amatorskie porno w internecie.

Ten film, tak jak pana poprzednie obrazy, ma wyraźny klucz freudowski. Interesuje się pan psychoanalizą?

Kiedy tylko przeczytałem książkę mojego przyjaciela Pete’a Jinksa, na podstawie której powstał film, od razu nazwałem ją "freudowską przygodą pewnego młodzieńca" - co innego można powiedzieć o chłopcu, który sypia z sobowtórem swojej matki!? Ale to nie czyni mojego filmu wyjątkowym - klucz psychoanalityczny da się chyba przyłożyć do każdego rodzaju współczesnej sztuki. Jesteśmy nią tak przesiąknięci, że nie ma od niej ucieczki. A już kompleks Edypa to chyba najbardziej wyświechtana freudowska klisza.