Monika Koniecpolska: Wiem, że scenariusz "Jutro idziemy do kina" napisał pan specjalnie dla Andrzeja Barańskiego, a tymczasem to Michał Kwieciński realizuje fabułę na podstawie tego scenariusza. Co się stało, że te plany się zmieniły?
Jerzy Stefan Stawiński:
Ta historia trwa już parę lat. Telewizja Polska zamówiła u mnie scenariusz na rocznicę wybuchu II wojny światowej. Napisałem. Okazało się, że zabrakło pieniędzy na jego realizację. Film miał reżyserować Andrzej Barański i w zasadzie nie wiem, z jakich powodów do tego nie doszło. Nie tak dawno skontaktował się ze mną Michał Kwieciński, znany producent, który niedawno debiutował jako reżyser filmowy i zapytał, czy nie napisałbym scenariusza rozgrywającego się tuż przed II wojną. Powiedziałem, że mam już gotowy i dałem mu "Jutro idziemy do kina".

Ten film jest opowieścią autobiograficzną?
Ta historia to dalszy ciąg mojej twórczości pokoleniowej. Pokazuję moje pokolenie, tyle że wieku nastu lat. W 1938 r. szedłem do wojska. Miałem 17 lat i z pewnością coś z tego okresu mojego życia zawarłem w scenariuszu. Jednak trójka głównych bohaterów filmu to postaci całkowicie wymyślone. Być może jeden z nich ma podobny życiorys do mnie... Nie pisałem jednak wspomnień. Stworzyłem fikcję, która nie odbiega od przedwojennej rzeczywistości. Należałem do pokolenia, które wpadło z pierwszymi uczuciami na wojnę i zostało przez tę wojnę zaskoczone. Wszyscy jednak na tę wojnę poszliśmy.

Pan poszedł do wojska jeszcze przed wojną. Poszedł pan z chęcią, czy też się pan migał?
A skąd. Nikt się nie migał. Wszyscy szliśmy z wielkim zapałem. Pamiętam, że gdy zacząłem okres rekrucki w Zegrzu, okazało się, że tamtejszy adiutant był studentem mojego ojca. Zaproponował mi, że mnie zwolni z wojska i dzięki temu nie stracę roku i pójdę na studia. Oczywiście propozycji nie przyjąłem. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym nie służyć. Noszenie munduru było dla mnie i moich kolegów zaszczytem. Byliśmy dumni, że jesteśmy w wojsku.

Jeszcze przed wojną, w 1939 r. dostał się pan na prawo na Uniwersytet Warszawski. Czy już wtedy obudziły się w panu praktyczne zainteresowania literaturą i filmem?
Nie, ja nie wiedziałem, co chcę w życiu robić i kim chcę być. Miałem niespełna 18 lat. Studiów nie zacząłem, bo wybuchła wojna. Świadectwo maturalne udało mi się wydobyć dopiero w 1947 r. po powrocie z Anglii. Znowu zapisałem się na prawo. Jednak przedwojenni profesorowie znikali, a zamiast nich przychodzili marksiści. Trudno powiedzieć, kiedy zacząłem czynnie zajmować się literaturą. We wrześniu 1939 r. próbowałem pisać dziennik, który oczywiście nie przetrwał. Dopiero na początku lat 50. znowu wróciłem do pisania. Pierwsze wprawki były bardzo niedobre, wręcz fatalne. Wyrzucałem to wszystko do kosza. Tak jak wielu ludzi czekałem na odwilż. Kiedy puściła tama stalinowska, mogłem zacząć pisa to, co mnie interesowało. Po śmierci Stalina napisałem ten swój "Kanał". Iwaszkiewicz zamieścił go w "Twórczości" i się zaczęło.

Wtedy też zaczęła się pana przygoda z filmem? To był przypadek?
Zupełny. Kiedy pisałem, zupełnie nie myślałem o filmie. Bodajże w 1953 r. miałem już rodzinę. Postanowiłem zrobić coś, co mi przyniesie duży dochód. Napisałem sensacyjne opowiadanie z pociągiem w tle. Dostałem z ministerstwa komunikacji zezwolenie na dokumentację w parowozowni. Nawet raz pozwolono mi poprowadzić taką maszynę. Pojechałem też ogromnym parowozem Pt47, najnowocześniejszym w ówczesnych czasach. Ludzie w nim pracujący opowiadali mi różne historie, między innymi o mężczyźnie, który zginął pod parowozem. Postanowiłem napisać o tym opowiadanie. Jednak zamiast opowieści sensacyjnej wyszła mi polityczna i nie miałem nawet co marzyć, że wydam ją w jakimś masowym nakładzie. Umieściłem to w "Życiu Literackim", a Tadeusz Konwicki, z którym się wówczas przyjaźniłem, poradził, bym poszedł z tym opowiadaniem do filmu. Powiedział, że tam mogę zarobić jakieś pieniądze. Poszedłem więc. Spotkałem się z panią, która rządziła scenariuszami. Jednak poniosłem klęskę, bo pani powiedziała: "W Polsce maszyniści nie giną pod parowozami, więc pana pomysł nie przejdzie" i poleciła, bym próbował z innymi tematami.

Pana "Człowiek na torze" jednak został zrealizowany przez Andrzeja Munka. Czy ktoś z decydentów doszedł do wniosku, że w Polsce jednak maszyniści giną?
Nie. To był naprawdę przypadek. Płynąłem kajakiem po jeziorze Necko. Nagle spośród trzcin wynurzył się inny kajak, w którym siedziała moja bardzo dobra znajoma jeszcze z czasów dzieciństwa. Przedstawiła mnie swojemu mężowi, którym był Andrzej Munk. Wieczorem się spotkaliśmy. Postawił butelkę wódki i zaczęliśmy gadać. On wtedy robił filmy dokumentalne, między innymi "Kolejarskie słowo", więc mieliśmy wspólny temat. Opowiedziałem mu o swoim opowiadaniu. Podsunął mi pomysł, że historię maszynisty Orzechowskiego można pokazać z trzech punktów widzenia. Po jakimś czasie poszliśmy razem na kolegium, podczas którego zatwierdzano filmy do produkcji. Grzegorz Lasota, dwudziestoparoletni stalinowski decydent, powiedział, że da zgodę na ten film, jeśli to nie ustrój będzie winien śmierci maszynisty tylko naczelnik parowozowni. Scenariusz zatwierdzono, a już w trakcie produkcji filmu stalinizm się skończył, więc Munk zamieścił tam różne antystalinowskie elementy. Uważam, że ten film się Munkowi udał. I tak się zaczęła moja przygoda z filmem.

I wtedy pan poczuł, że to chce w życiu robić?
Broń Boże. W 1955 r. było wiadomo, że stalinizm się sypie. Zacząłem pisać swoje opowiadania wojenne. Wtedy to, co przeżyłem podczas wojny, najbardziej mnie bolało. W 1955 r. napisałem przecież "Kanał". Od razu zainteresował się nim Andrzej Wajda. Pisałem też inne opowiadania do swojego zbioru i wziął je Munk. Do tego momentu Powstanie Warszawskie w filmie nie istniało. Dopiero kiedy Chruszczow wygłosił swoje opowiadanko o zbrodniach Stalina, Wajda mógł ruszyć z filmem. Nie bardzo było wiadomo, co wolno, a czego nie. A jak wiadomo, dobre filmy powstawały przez nieuwagę władzy. Sami przecież stworzyliśmy komisję i zaakceptowaliśmy scenariusz i film. Chwilę potem już tak łatwo nie było. Zresztą "Kanał" nie został zbyt dobrze przyjęty w Polsce. Władza chciała socjalistycznych filmów, a nie rozrachunkowych. Dopiero kiedy w 1957 r. nasz film dostał Srebrną Palmę na festiwalu w Cannes, stosunek do niego trochę się zmienił.

Dlaczego nie wybrał się pan w tym roku do Cannes, by świętować 50. rocznicę nagrodzenia "Kanału"?
Dzwonił do mnie Andrzej Wajda i zapraszał. Niestety, ja już się nie piszę z powodów zdrowotnych na takie podróże. W pewnym wieku każdy ma kłopoty z nogami. Byłem w Cannes już trzy razy i chyba to mi wystarczy.

A nie zabolało pana wtedy przed 50 laty, że ludzie w Cannes gratulowali panu pomysłowego scenariusza? Podobno podziwiali fakt, że umieścił pan bohaterów w kanałach, a pan przecież przeżył w nich piekło...
Mnie to tak naprawdę śmieszyło. Mówię po francusku dość dobrze, więc podczas festiwalu byłem zapraszany do różnych telewizji. Tłumaczyłem, że nie jestem tak wspaniałym scenarzystą, który wpadł na pomysł, by wojsko walczące z okupantem wsadzić do podziemia, do kanałów i zachwycić widzów nowatorstwem. Mówiłem też, że sam taką historię przeżyłem...

Nie myślał pan, żeby zostać wtedy we Francji i tam pracować, pisać scenariusze?
Nie, choć miałem kilka propozycji od tamtejszych producentów. Nie przyjąłem ich, bo moim miejscem jest Warszawa i stąd się nie ruszę aż do śmierci, niezależnie od tego, kto tu rządzi. Jestem kombatantem, którego się raczej fetuje, więc powinienem być zadowolony.

No to co panu przeszkadza?
Pewna arbitralność. Za dużo jej wszędzie. Mam dość dużo czasu, więc z mediów dowiaduję się, co się się dzieje w naszym kraju, i powiem pani, że bardzo wiele rzeczy mnie irytuje. Z drugiej strony, jestem emerytem, mam prawie 86 lat i moje zdanie się już nie liczy...

Zabiegał pan kiedyś o to, by pana scenariusze były realizowane?
Nie, nigdy nie latałem po reżyserach. Byłem w komfortowej sytuacji, bo to zawsze oni przychodzili do mnie. Zresztą nie czułem się zawodowym scenarzystą. Wiedziałem, że zawodowy scenarzysta w międzynarodowym obiegu dostaje zlecenie od producenta, a ja głównie pisałem z potrzeby pisania.

No a Munk nie zlecił panu napisania scenariusza?
Zlecił, ale nic z tego nie wyszło. Kazał mi przyjechać do Zakopanego. Miałem mu napisać nowelkę. Przez trzy tygodnie jeździłem na nartach, chodziłem do knajpy i pisałem lewą ręką. Dobrześmy się tam bawili. Mieszkaliśmy w willi Telimena i było nam tam wspaniale.

A scenariusz "Krzyżaków" to nie było zlecenie?
Było. Ale to adaptacja, a nie czysty autorski scenariusz. Nie lubię tego robić. Nie pasuje mi, kiedy mam coś z góry narzucone. Kiedyś przyszła do mnie Wanda Jakubowska, filar komunistycznej kinematografii - robiła potworne knoty - i chciała bym napisał dla niej scenariusz. Nie wiem, dlaczego się zgodziłem i napisałem "Historię współczesną", opowieść o robotnikach zatrutych metanolem. To była historia ku przestrodze i ona to nakręciła. Chciała, żebym jeszcze coś dla niej pisał, ale już stanowczo odmówiłem. A co do "Krzyżaków", to była najłatwiejsza praca mojego życia. Zrobiłem to w dwa tygodnie. Zgodziłem się na tę pracę, bo doszedłem do wniosku, że naród będzie zachwycony Sienkiewiczem na ekranie. Nie myliłem się. Ponad 30 mln ludzi ten film obejrzało. Gdyby ten film powstał teraz, to byłbym niezwykle bogatym człowiekiem. Wtedy to były śmieszne pieniądze.

Czuje pan, że rozliczył się już ze swoją przeszłością?
Kilka lat temu napisałem scenariusz o Leskim, oficerze kontrwywiadu AK, który w mundurze generała niemieckiego jeździł po całej Europie i odwiedzał placówki hitlerowskie. Wszędzie go przyjmowano z honorami i udostępniano tajne plany. Wtedy, kiedy ten scenariusz powstał, nikt nie był nim zainteresowany. Myślę, że za chwilę wzbudzi on zainteresowanie i stanie się z nim to samo, co z "Jutro idziemy do kina", czyli zostanie zrealizowany. Moim zdaniem znacznie wcześniej, już w latach 90. powinny były powstać filmy o II wojnie światowej. Oczywiście lepiej późno niż wcale. Z drugiej strony teraz tych filmów będzie aż za dużo. Nie jestem pewien, czy po ponad 60 latach rozliczenie z tym, co się działo podczas wojny, jest możliwe. Starałem się opisać swój stosunek do wojny i do Powstania Warszawskiego. Zostałem w te wydarzenia naturalnie wciągnięty i to były najgorsze doświadczenia mojego życia, rozpacz kompletna. To mnie napiętnowało i zmieniło stosunek do rzeczywistości. Z młodego przedwojennego entuzjasty stałem się sceptykiem. "Kanał" to dla mnie podsumowanie Powstania Warszawskiego, tragiczny koniec. Oczywiście wtedy, w 1956 r., młodzi ludzie, byli powstańcy zarzucali nam, że pokazujemy tragizm i porażkę w kanałach zamiast bohaterstwa. Nie brałem tego do siebie, bo napisałem kilka opowiadań o Powstaniu i starałem się na nie spojrzeć z różnych stron. Nie tak dawno, na 60. rocznicę wybuchu Powstania napisałem scenariusz opowiadający o potędze polskiego państwa podziemnego zatytułowany "Przed Powstaniem" . Na razie nikt tego nie zrobił, a chciałbym, żeby powstał ten film, bo ludzie nie wiedzą, że Polska podczas II wojny to było świetnie zorganizowane państwo.

Nie kusi pana, żeby odejść trochę od tematów wojennych i napisać dalsze losy Obywatela Piszczyka?
Pewnie by się świetnie odnalazł w naszej rzeczywistości. Takich jak on karierowiczów i oportunistów przecież nie brakuje. Jednak proszę pamiętać, że ja Piszczyka doprowadziłem już do wieku emerytalnego, więc musiałbym stworzyć nową, podobną postać. Może się skuszę, choć dochodzę do wniosku, że już mi się nic nie chce.