Wzorem innych gwiazd kina przeszedłeś na stronę telewizji, by przyjąć główną rolę w najnowszej odsłonie serialu o agentach z NCIS. Zagrałeś agenta Biura Projektów Specjalnych, oddziału NCIS, który ma za zadanie chwytać najgroźniejszych przestępców, będących ciągłym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa.

Chris O’Donnell: Spodobała mi się ta postać. Facet – kameleon, który jako dziecko ciągle zmieniał rodziny zastępcze. Dzięki temu nauczył się przyjmować różne osobowości, zależnie od sytuacji. Teraz jako agent specjalny jest w stanie infiltrować nawet najbardziej niebezpieczne środowiska kryminalnego podziemia. Pomysł pracy w telewizji podchwyciłem również z bardzo samolubnych pobudek.


Chodziło o terminarz?

Dokładnie tak. Mam w domu piątkę dzieci i bardzo chciałem zostać na dłużej w Los Angeles.


Co udało wam się przenieść z oryginalnych „Agentów NCIS”? I co nowego zaoferuje widzom najnowsza seria?

Serial będzie się różnił przede wszystkim lokalizacją, ponieważ rozgrywa się w Los Angeles, a nie w Waszyngtonie. Ma też zupełnie inną obsadę. Jednak tak, jak w przypadku pierwszej wersji, scenarzyści „NCIS: Los Angeles” kładą duży nacisk nie tylko na sensacyjną intrygę, lecz na pokazanie wzajemnych, przyjacielskich relacji między bohaterami. Ludźmi, którzy razem pracują, ale też przekomarzają się i żartują, a przede wszystkim zwyczajnie się o siebie troszczą.


Jak się dogadujesz ze swoim serialowym partnerem LL Cool J'em?

Jestem dosyć sarkastycznym typem, lubię dokuczać innym i często szukam zaczepki. W taki sposób poznaję ludzi. Założyłem, że przy tak wielkiej gwieździe muzyki jak LL Cool J nie będę mógł tego robić. A spotkałem faceta, który szczególnie się nie wyróżnia, nie ma przerośniętego ego i łatwo do niego trafić.


Umieszczenie akcji w Los Angeles to twoim zdaniem dobry pomysł?

Jasne, to przecież jedno z najbardziej ekscytujących miast świata. Przyciąga uwagę, wiele się tu dzieje i ludzie często o nim mówią. Idealnie nadaje się do telewizji. Kręciliśmy już w najbardziej charakterystycznych miejsach L.A. – w Venice, Malibu, Topandze, Koreatown, przy stadionie Dodgersów, Echo Parku i w wielu innych. Byliśmy również w porcie lotniczym i w górach. Byliśmy chyba wszędzie. Na Hollywood Boulevard też.


Czy gwiazdor „Agentów” Mark Harmon przygotował cię w jakiś sposób na szum wokół tej produkcji?

Tak. Powiedział, że żona mnie znienawidzi. Przede wszystkim ze względu na godziny pracy. Zwykle jestem bardzo rodzinny, odwożę moje dzieci, spędzam z nimi dużo czasu, zabieram je na wydarzenia sportowe i do szkoły. Kiedy jednak przystępuję do pracy, angażuję się w nią całkowicie i dla bliskich jestem stracony. Tak jest teraz.


Myślisz, że uda się wam powtórzyć sukces oryginalnej wersji?

„Agenci NCIS” to znana i uznana marka. Ostatnio dużo podróżowałem i gdziekolwiek się nie udałem, ludzie mówili mi, jak bardzo lubią ten serial, i że nie mogą doczekać się naszej najnowszej produkcji. Nagle poczułem, że nie możemy zawieść oczekiwań fanów i jednocześnie zainteresować serialem innych. Na pewno znajdą się ludzie, których nie do końca porwała oryginalna seria, a spodoba im się nasza. Ale będą i tacy, którzy nie porzucą oryginalnych bohaterów. Czuję jednak, że dostaliśmy ogromną szansę, nie tylko dlatego, że możemy kontynuować sukcesy fantastycznego serialu, ale też ze względu na ekipę, którą udało nam się skompletować. Ci ludzie się nie opieprzają i są niesamowicie zdolni i wydajni.


Co zobaczymy w pierwszym odcinku „NCIS: Los Angeles”?

Będziemy wyjaśniać zagadkę śmierci oficera marynarki, który został zastrzelony podczas wymiany ognia pomiędzy policjantami a dilerami narkotyków.



"NCIS: Los Angeles"
AXN, środa, 17 lutego
godz. 21.00