"Oświadczyny po irlandzku"
(AKA "Leap Year")
USA 2009; reżyseria: Anand Tucker; obsada: Amy Adams, John Lithgow, Matthew Goode; dystrybucja: Forum Film; czas: 99 min; Premiera: 5 lutego; Ocena 3/6



Nic nowego pod słońcem, choćby się je zamieniło z amerykańskiego na irlandzkie. Anna (Amy Adams), młoda Amerykanka z Bostonu, lekko znudzona faktem, że jej chłopak wciąż nie ma zamiaru poprosić jej o rękę, bierze sprawy w swoje ręce. Anna ma zamiar dotrzeć do Dublina, aby zgodnie z irlandzką tradycją w Leap Day, czyli 29 lutego, oświadczyć się swojemu chłopakowi. Tego dnia musi on powiedzieć „tak”. Niestety, fatalna pogoda krzyżuje jej plany. Ląduje w końcu w Irlandii w zapomnianej dziurze, a do Dublina za słoną opłatą zgadza się ją odstawić pewien cyniczny barman Declan (Matthew Goode). Oczywiście po drodze początkowo niedobrana i szczerze nieznosząca się para z czasem zaczyna się coraz lepiej rozumieć.

Rozgrywa się ta historyjka klasycznie, ogrywając stałe motywy przyciągania się przeciwieństw, mnożąc mechaniczne przeszkody, byle tylko podróż trwała jak najdłużej. Charaktery są z góry określone. Anna – zagubiona romantyczka z aspiracjami, jej narzeczony – nudny pragmatyk zakochany w sobie, Declan – wrażliwiec skrywający dziurę w sercu pod maską cynika. Nic się tu zatem nie zdarza. Ot, kilka niezłych pomysłów, pomysłowych gagów, kilka stereotypowych spięć prowadzących krętą, ale przecież do bólu przewidywalną drogą do happy endu. Słowem sztampa, kicz, wtórność, nuda, konwencjonalna ramota.

A jednak coś ratuje całą tę miłosną eskapadę przed całkowitą klapą – sama Irlandia i irlandzkość. Niby-stereotypowa, rozgrywająca tradycyjną purytańskość, dziką surowość, nieokrzesanie miejscowych farmerów. A jednak ten obrazek rodem z Cepelii – z piciem piwa, zielonymi wzgórzami, mgłą, błotem i deszczem, ksenofobią, krowami blokującymi drogę, obyczajowym konserwatyzmem – jakoś pasuje do kiczowatej ramki. Umiejętnie w nią oprawiony zyskuje barwę, rodzajowy charakterek. Za mało tego uroku, by „Oświadczyny po irlandzku” uratować, ale wystarczy, by nie cierpieć podczas rytualnego walentynkowego wypadu do kina.