Arthur Conan Doyle był człowiekiem, który znalazł się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Ambitny lekarz, który miał w planach dokonanie w medycynie przełomu na miarę Roberta Kocha, odkrywcy bakterii gruźlicy i cholery, z powodów finansowych pisywał opowiadania kryminalne do popularnych w wiktoriańskiej Anglii magazynów literackich. Pierwszą powieść - „Studium w szarłacie” - zgodziło się opublikować, z pewnymi oporami (chodziło o rozmiar tekstu - za mały na powieść, za duży na opowiadanie), czasopismo Beeton’s Christmas Annual w grudniu 1887 roku.


Zaledwie dziewięć miesięcy później, w sierpniu następnego roku, swoją działalność rozpoczął najsłynniejszy wampir nowoczesnej kryminalistyki - Kuba Rozpruwacz, a podwładni królowej Wiktorii oszaleli na punkcie mordercy. Zainteresowanie zbrodnią było w tym czasie tak wielkie, że ludzie zaczęli uczyć się czytać tylko po to, by czytać powieści kryminalne. Oczekiwanie społeczne na krytykę policji i bohatera, który kompensował jej bezradność w sprawie mordercy z Whitechapel, było ogromne.


Z drugiej strony w tym czasie nastąpił realny rozwój naukowych badań kryminalistycznych, który był znakomitą pożywką dla fantazji autorów kryminałów. Pierwsza powieść o Holmesie zostaje opublikowana w doskonałych warunkach rynkowych, zgrabna zagadka odwracająca uwagę czytelników od realnego zła w nowoczesności i rozwoju nauki daje im nadzieję na lepsze jutro. Choć teksty Doyle’a nie są idealnymi w dzisiejszym rozumieniu powieściami kryminalnymi i wbrew swojemu obecnemu popkulturowemu mitowi wcale nie dają czytelnikowi szansy na uczestnictwo w rozwiązaniu łamigłówki (do tej zabawy zapraszają późniejsi od niego autorzy), ale sugestywnie działają na wyobraźnię na zasadzie pociągającego symulatora gry, iluzji potencjalnej równowagi między dobrem a złem. Ten pomysł przekonał XIX-wiecznych Anglików i do dziś pozostaje jednym z najbardziej wyrazistych wzorców literackich.


Orson Welles powiedział kiedyś, że „Sherlock Holmes jest człowiekiem, który nigdy nie istniał, ale który nigdy nie umrze”. Detektyw z Baker Street jest bohaterem 56 opowiadań i czterech minipowieści. Jego przygody można przeczytać nawet po afrykanersku, wietnamsku, ormiańsku i w suahili, a zapaleńcy przetłumaczyli opowiadanie „Tańczące sylwetki” na szyfr odgrywający w tym tekście kluczową rolę.

Filmy o nim (w sumie ponad 100 obrazów) kręci się od czasów kina niemego, w 1989 roku Leslie Bricusse napisał „Sherlock Holmes: The Musical” (spektakl niemal natychmiast zszedł z afisza), a w latach 50. teatr Sadler’s Well grał balet „The Great Detective”. Powstała też opera (Holmes był przeznaczony dla tenora, Watsona miał grać śpiewak o głosie basowym). Do tego dochodzi nieskończenie długa lista prac naukowych i publikacji towarzystw miłośników Holmesa.


Muzeum przy Baker Street 221b, gdzie miał mieszkać wielki detektyw, zatrudniało do niedawna sekretarkę odpisującą na listy adresowane do Holmesa. To właśnie dzięki najbardziej demokratycznemu głosowi - nie wydawców czy krytyków, ale czytelników - Arthur Conan Doyle był zmuszony ożywić swojego bohatera, którego uśmiercił w 23. z kolei opowiadaniu „Ostatnia zagadka” wydanym w 1893 roku. Holmes podczas pojedynku z geniuszem zła profesorem Moriartym wpada do szwajcarskiego wodospadu Reichenbach. Oburzeni miłośnicy zagadek kryminalnych zalali pisarza falą listów, domagając się kontynuacji serii, co bardziej krewcy odgrażali się, że spuszczą autorowi solidne lanie.

Pogróżki były na tyle przekonujące, że Doyle poprosił Scotland Yard o ochronę. Mimo nacisków powrócił do swojego bohatera dopiero 9 lat później, kierując się głównie względami finansowymi. Cały czas nie przestawał realizować swoich ambicji bycia pisarzem historycznym, za którego zawsze się uważał, i szczerze nienawidził Holmesa za to, że przystopował jego karierę na tym polu. Wydał m.in. dwie powieści, których akcja rozgrywała się podczas wojny stuletniej, ale nie odniósł specjalnych sukcesów. Udało mu się za to - i to zaledwie jedną powieścią „Zaginiony świat” - dostać do panteonu autorów powieści fantastycznych.

Związek twórcy genialnego detektywa z jego postacią literacką jest więc dość niezwykły. Holmes tak szybko zaczął żyć własnym życiem, że wymknął się autorowi z rąk. Conan Doyle często wspominał, że czuje się więźniem własnej kreacji. W życiu prywatnym zaczyna robić wszystko, by od niej uciec: zajmuje się tym, czym jego bohater gardzi, jest zaprzeczeniem trzeźwo, logicznie myślącego Holmesa, żarliwym wyznawcą spirytyzmu i autorem książki „History of Spiritualism”. Nie dostrzega tego, co pewnie widać dopiero z wieloletniego dystansu, że udała się mu sztuka bardzo trudna i pożądana przez twórców - świat uwierzył w wykreowaną przez niego postać, dał się zabrać w świat, który nie istniał, i wrócił z tej wycieczki przekonany co do jego realności.


Sukces czytelniczy przełożył się jeszcze za życia Doyle’a na filmowe próby zmierzenia się z Holmesem. Pierwsza ekranizacja jego przygód pochodząca z 1900 roku nie miała nawet 1 minuty, nakręcił ją na nowojorskim dachu Arthur Marvin. Potem bywał bohaterem filmów niemieckich, duńskich, francuskich i amerykańskich. Dopiero w 1914 roku po raz pierwszy zagrał go rodowity Brytyjczyk - James Bragington, choć „Studium w szkarłacie”, do którego go zatrudniono, było produkowane w USA.


Z czasów kina niemego niepobitym rekordzistą był, również Brytyjczyk, Eille Norwood. Zagrał Holmesa 47 razy w około 20-minutowych ekranizacjach opowiadań. Tak wczuł się w rolę, że uczył się gry na skrzypcach i pracował nad fizycznym podobieństwem do detektywa z rysunków Sidneya Pageta umieszczanych w książkach Doyle’a. Sam autor Holmesa lubił aktora, twierdząc, że „jego Holmes jest uroczy, zmusza cię do patrzenia na siebie, zwłaszcza gdy nic nie robi.”


Pierwszy raz w dźwiękowym filmie detektyw pojawił się w 1929 roku i miał głos przystojnego Clive'a Brooka. Jako Watson partnerował mu Reginald Owen - jedyny aktor, który w swojej karierze zagrał i Sherlocka, i jego pomocnika ( w filmie z 1934 roku).


Do roli Holmesa próbowano w pewnym momencie szukać aktorów ze słynnej wytwórni horrorów Hammer - wcielali się w niego Peter Cushing o charakterystycznej trupiej twarzy, często obsadzany w rolach szalonych naukowców, i Christopher Lee, który wystąpił w ekscentrycznej niemieckiej wersji przygód detektywa z Baker Street, próbującej połączyć ekspresjonizm z jazzem. Obaj panowie spotkali się zresztą nie tylko na planach horrorów, o których Lee zwykł mówić: „Zagraliśmy z Cushingiem tyle horrorów, że ludzie myślą, że mieszkamy razem w jaskini”, ale na planie „Psa Baskervillów”, gdzie Lee grał Baskerville’a, a Cushing Holmesa.


Holmesem bywał Christopher Plummer, Charlton Heston, Roger Moore, Buster Keaton czy Michael Caine. W Polsce Baker Street budowano na Woronicza, gdzie kręcono 24-odcinkowy serial z Geoffreyem Whiteheadem. Wedle najnowszych obliczeń liczba aktorów, którzy zagrali rolę Holmesa, przekroczyła setkę.

p


Niewątpliwie opowiadania i powieści o Holmesie są cennym dokumentem tamtych czasów: „Towarzyszyć Holmesowi w krętej drodze jego kariery w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku to tyle, co obserwować epokę wiktoriańską w zmaganiach z jej własnymi demonami” - pisze autor wydanej właśnie książki „Sherlock Holmes. Nieautoryzowana biografia”. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak sama postać detektywa ma rys uniwersalny (o czym świadczy choćby liczba tłumaczeń) i ponadczasowy. Instytucja Holmesa nie działa tylko z rozpędu. To bohater skrojony także idealnie na nasze - dalekie we wzorcach kulturowych od wiktoriańskiej Anglii - czasy.

Holmes to przecież idealny outsider, buntownik ceniący sobie przede wszystkim swobodę poruszania się poza systemem i kulturą, którą gwarantuje mu nieprzeciętny umysł. Pielęgnujący swoje poczucie władzy nad światem jako władzy nad faktami. Umiejętność zdobywania niedostępnych dla innych informacji, sprowadzanie zbrodni do wymiaru praktycznego, nie egzystencjalnego, brak uczuć w obliczu zła - wszystko to stanowi podwaliny obecnego modelu społeczeństwa informacyjnego i przeszło sto lat temu posłużyło Doyle’owi jako podstawa rysu psychologicznego jego bohatera. Holmes jest wciąż otwarty na nowe interpretacje i na nowe czasy, dlatego z pewnością pożyje dłużej niż my.