Kariera pioniera

Dziś celem Camerona stało się udowodnienie światu, że przyszłością kina są trzy wymiary. Oznajmił, że już nigdy nie nakręci "zwyczajnego", to znaczy płaskiego filmu. Uważa, że nawet kameralne dramaty obyczajowe powinny być realizowane w 3D i zapowiada, że jest gotów taki nietypowy dla siebie, skromny obraz wyreżyserować. Tylko po to, by udowodnić, że ma rację. A Cameron lubi mieć rację. I lubi być pionierem. Właściwie od początku kariery reżyserskiej bardziej niż opowiadanie historii interesuje go przekraczanie granic, udowadnianie, że potrafi dokonać tego, co inni uważają za niewykonalne. Tylko to jest w stanie zaspokoić jego ego, o którym w Hollywood mówią, że jest większe od statku "Titanic", którego jedyny rejs rozpisany na melodramat przyniósł mu w 1997 roku gigantyczny sukces.

Ale też okazał się "Titanic" przekleństwem Camerona. Ten film zarobił w kinach prawie dwa miliardy dolarów, zgarnął jedenaście Oscarów. Cameron mógł już do końca życia odcinać kupony. Problem w tym, że choć mógł dostać niemal dowolny budżet na kolejną produkcję, sam siebie wpędził w pułapkę. Zgodnie z jego własnym mottem każdy kolejny film powinien być bowiem lepszy od poprzedniego i odnieść jeszcze większy sukces. A sukces "Titanica" można było przebić tylko, przenosząc na ekran sen o baśni nie z tej planety, który prześladował Camerona od jakiegoś czasu, ale którego środkami techniki z końca lat 90. nie dało się zrealizować.


Sny nierealne jak kino

Nie pierwszy raz zresztą kino Camerona zaczęło się od snu. Podczas pracy nad niemal całkowicie zapomnianą "Piranią 2" zobaczył we śnie metalicznego cyborga wyłaniającego się z morza ognia. Pracował nad urzeczywistnieniem tej wizji cztery lata - w 1984 roku do kin wszedł "Terminator". Dzięki temu zrobionemu za stosunkowo niewielkie pieniądze filmowi Cameron awansował do najwyższej hollywoodzkiej ligi, a przy okazji dowiódł, że fantastyczna produkcja klasy B wcale nie musi być prostacka.

Dwa lata później, gdy dostał do ręki pierwszy poważny budżet, "Obcym - decydującym starciem" pokazał, że można komercyjną widowiskowość połączyć z niebanalną treścią. Jakiś czas później Cameron śnił o morskich głębinach i przełożył swe marzenia na kino, jakiego wcześniej nie było. Kupił gigantyczną nieczynną elektrownię jądrową, zalał ją hektolitrami wody i nakręcił tam "Otchłań" (1989) - ekologiczną fantastyczną baśń o podmorskiej cywilizacji z efektami, o jakich nikomu się wtedy nie śniło. W "Terminatorze 2: Dniu sądu" (1991) znów pokazał wizualne cudeńka, ale też stworzył kawałek znakomitego kina akcji. W pewnym sensie zatarł granicę między kinem rozrywkowym a kinem autorskim. Pokazał, że wysokobudżetowe kino nie musi działać według utartego w Hollywood wyrobniczego schematu, i choć nie jest scenarzystą wybitnym, potrafił opowiadać interesujące historie.


Trzeci wymiar baśni

Po premierze "Titanica" Cameron miał monopol na widowiskowe efekty, zwłaszcza wodne. Aby jednak przebić samego siebie, postanowił następny film zrobić w trzech wymiarach i zaczął z tą technologią eksperymentować. W poprzednich dziełach wprowadzał nowinki techniczne, dokładając własne patenty do już istniejących rozwiązań. Tym razem musiał zacząć niemal od zera. Eksperymenty z kolosalnymi kamerami IMAX szybko go rozczarowały, więc postanowił skonstruować zupełnie nową, bardziej poręczną kamerę, zdolną rejestrować obraz w trójwymiarze.

Poligonem doświadczalnym były dla niego dwa filmy dokumentalne zrealizowane w oceanicznych toniach - "Głosy z głębin 3D" (2003) i "Obcy z głębin" (2005). W ten sposób udało się skonstruować nową kamerę stereoskopową. A że w tym czasie również animacja komputerowa wykonała ogromny skok technologiczny, wreszcie mógł spełnić swój kolejny sen i zacząć pracę nad "Avatarem". Zebrał ogromny budżet (oficjalnie mówi się o 250 milionach dolarów, nieoficjalnie nawet o 500) i pokazał, że nie zapomniał, jak się robi kino rozrywkowe.


Opowiedział w "Avatarze" baśń może i naiwną, może odrobinę kiczowatą, ale jednak wciągającą w odkrywanie nieznanego świata. Ekologiczne przesłanie, konflikt cywilizacji z harmonijną naturą rozpisał na opowieść o podboju dziewiczej planety Pandora przez Ziemian. Pokazał trójwymiarowe cuda, jakich wcześniej nie oglądaliśmy – z głębią, naturalnością, aktorami wpisanymi w bajeczne krajobrazy. Zachwyca oczy, syci zmysły, ale też sama opowieść, choć mało oryginalna, jakoś się broni.

Kolejny sen Camerona się zatem spełnił. Choć zapowiedzi rewolucji były chyba nieco na wyrost. Owszem, to być może zapowiedź trójwymiarowego przełomu, mapa graniczna tego, co kino dziś potrafi i co będzie potrafiło jutro. Ale to jednak jeszcze nie jakościowa rewolucja na miarę pojawienia się w kinie dźwięku.