"Światło, cień i ruch. Moje życie i moje filmy"

Volker Schloendorff

Tłum. Ryszard Turczyn

Wyd. Propaganda 2009




REŻYSERSKA SPOWIEDŹ

Publikacją jednak najważniejszą jest polskie wydanie autobiograficznej książki Schloendorffa "Światło, cień i ruch. Moje życie, moje filmy". Książki znakomitej, odbiegającej od klasycznej wspomnieniowej formuły. Owszem, Schloendorff trzyma się chronologii własnych losów, ujmuje własne życie w ramy żywej narracji.

Opowiada o wojennym i tuż powojennym dzieciństwie spędzanym w Bierbich i Schlangenbadzie pod Wiesbaden, o szkole i jezuickim internacie we Francji, o młodzieńczych lekturach, początkach filmowej kariery we Francji, o terminowaniu u Louisa Malle’a, Jean-Pierre’a Melleville’a i Jeana Renoira, o kulisach realizacji swoich własnych filmów, o długoletnim związku z Margeritte von Trottą, o przyjaźniach z Guenterem Grassem, Heinrichem Boellem, Arthurem Millerem, Maksem Frischem, których dzieła przenosił na ekran, o podróżach i politycznych postawach.


WŁASNY CHARAKTER PISMA

Schloendorff potrafi opowiadać. Barwnie, potoczyście, własnym charakterem pisma. Potrafi uciec w anegdotę, a to o wyzwolonym trybie życia Brigitte Bardot, a to o gwiazdorskich manierach Daniela Olbrychskiego, a to o ekscentryzmie Melleville’a, a to o własnych miłosnych i erotycznych frustracjach. Ale jego narracja od początku wykracza bardzo daleko poza faktograficzno-humorystyczne gawędy bywałego w świecie filmowca. Właściwie każdy rozdział pisze Schloendorff po coś. Podporządkowuje pisanie rozliczeniu się z samym sobą, ze światem i ludźmi, łączy formułę kronikarskiego zapisu z refleksją psychologiczną, socjologiczną, a w końcu z bezlitosnym autokomentarzem do własnej twórczości.

Książka jest zapisem symbolicznej biografii niemieckiego inteligenta z wojennej generacji. Schloendorff opisuje, jak sam wraz z braćmi i rówieśnikami zdradził pokolenie rodziców. Nie podzielał powojennej frustracji, zbuntowany przeciw pruskiemu ordungowi, przeszedł na stronę Amerykanów stacjonujących w okolicy jego rodzinnego domu. Potem zdradził własną kulturę dla francuskiej. To właśnie pokolenie rozsadziło niemiecką kulturę od środka. Sam Schloendorff angażował się ideologicznie, walczył o prawa więźniów politycznych. Na kartach autobiografii rozlicza się ze swych lewicowych przekonań, roztrząsa dylematy "czasu ołowiu", gdy z jednej strony solidaryzował się z ideałami Frakcji Czerwonej Armii, z drugiej odrzucał jej metody.


PIONIER NOWEGO KINA

To właśnie on, wraz z grupą podobnie myślących reżyserów - Fassbinderem, Herzogiem, Wendersem, Klugem, stworzył podwaliny nowego kina niemieckiego, zadającego istotne pytania, krytykującego społeczną konserwę, dekonstruującego bezpieczny model "kina taty" obowiązujący w Niemczech wcześniej. Jego "Niepokoje wychowanka Toerlessa" (1965) na podstawie Musila deszyfrowały stan anomii, który ułatwił dojście do władzy Hitlerowi, w "Utraconej czci Katarzyny Blum" (1976) opartej na pamflecie Boella walczył z konserwatywną prasą springerowską, w "Słomianym ogniu" (1974) opowiadał o pozornym równouprawnieniu, w ekranizacji powieści Grassa "Blaszany bębenek" (1979), za którą otrzymał Złotą Palmę w Cannes i Oscara, rozliczał się z niemiecką mitologią raju utraconego, rodzącym się rewizjonizmem. Z czasem odszedł od polityki. Ekranizował Prousta w "Miłości Swanna" (1983), Millera w "Śmierci komiwojażera" (1985), Frischa w "Homo Faber" (1991), ale przecież nie przypadkiem to właśnie on zrobił za nas "Strajk" (2005) opowiadający o strajku 1980 r. w Stoczni Gdańskiej. Z poczucia przyzwoitości, z chęci przypomnienia, że historia nie rodzi się wyłącznie na szczytach władzy.

Z tym także zmaga się w swej autobiografii: z niemieckim poczuciem winy, z kompleksem własnej odpowiedzialności. Największymi bodaj zaletami "Światła, cienia i ruchu" są jej szczerość i przełamywanie tabu, jest bezinteresowna, pozbawiona konfesyjnego patosu, niepopadająca w łatwą autokreację.