Na pierwszy rzut oka trudno o większy kontrast niż między "Prawdą" a zeszłorocznymi "Złodziejaszkami", za które Koreeda otrzymał Złotą Palmę w Cannes. Margines społeczny Japonii zastąpiła francuska burżuazja, zmienił się język i kontekst kulturowy. Tyle że te różnice okazują się powierzchowne. Koreedę podczas wyskoku do Europy wciąż interesuje bowiem to samo, co przez kilkadziesiąt lat kariery w ojczyźnie: uniwersalna - nomen omen - prawda o istocie rodziny.

Reklama

Osią fabuły "Prawdy" jest konfrontacja matki z córką, zgrabnie rozpisana na kilka metapoziomów, z filmem w filmie i quasi-biografią Catherine Deneuve włącznie. Ikona francuskiego kina wciela się poniekąd w samą siebie - wielką, choć nieco już przebrzmiałą gwiazdę znad Sekwany, Fabienne Dangeville. Poznajemy ją w momencie, gdy wydaje swoje wspomnienia, odpowiednio sfabrykowane i podkręcone, bo przecież, jak sama mówi, "prawda jest nudna".

Innego zdania jest Lumir (Juliette Binoche), wzięta nowojorska scenarzystka, która po latach przybywa do domu matki wraz z mężem, drugorzędnym amerykańskim aktorem (Ethan Hawke), i rezolutną córką (Clémentine Grenier). Lumir od progu jest cała w pretensjach, a gdy jeszcze odkrywa, że w pamiętnikach jej sławnej matki nie ma ani cienia prawdy o macierzyństwie, ani nawet wzmianki o wnuczce, zadawnione urazy wybuchają ze zdwojoną siłą. Kluczowym punktem spornym okazuje się Sarah Mondavan, ukochana i nieżyjąca już ciotka Lumir, a zarazem dawna aktorska rywalka jej matki, zdaniem Lumir obdarzona większym talentem.

W międzyczasie Fabienne decyduje się przyjąć oryginalną rolę córki wiecznie młodej matki w kameralnym filmie science fiction. Scenariusz zbudowany wokół tematów przemijania, śmiertelności i skomplikowanej relacji matczyno-córczynej wyraźnie uwiera gwiazdę, nieprzyjemnie rezonując z jej własnym życiem.

Piętrząc poziomy meta, Koreeda finezyjnie wykorzystuje koncept sztuki imitującej życie i vice versa. Gdzie kończy się prawda, a zaczyna fikcja? Czy medialny wizerunek aktora zawsze pozostaje tylko jego kolejną kreacją, czy może właśnie jako "większy niż życie" staje się prawdziwszy od tego, co prywatne i głęboko schowane przed światem? Ile z prawdziwej Deneuve jest w Fabienne? Aktorka oddaje swojej postaci wiele: też ma jedną córkę, też nieomal zagrała u Hitchcocka tuż przed jego śmiercią, też miała starszą siostrę - Françoise Dorléac - która zyskała sławę jeszcze przed nią i zginęła młodo.

Z kolei z rzeczy bardziej drobiazgowych są tu drwiny z Brigitte Bardot i aluzje do filmografii - młodszą wersję Fabienne w filmie science fiction gra Ludivine Sagnier, która grała młodszą Deneuve w "Ukochanym" (2011) Christophe'a Honoré; w byłego męża Fabienne wciela się Roger Van Hool, który był kochankiem Deneuve w "Zawirowaniach serca" (1968) Alaina Cavaliera. To wszystko jednak tylko mniej lub bardziej wyszukane smaczki, ciekawe natomiast, ile z egocentryzmu i małostkowości Fabienne jest w Deneuve? Na ile mogłaby utożsamić się ze słowami swojej bohaterki, gdy ta deklaruje, że zawsze "wolała być złą przyjaciółką, a nawet złą matką, za to wybitną aktorką"?

Świetne w "Prawdzie" jest to, że w przeciwieństwie do większości filmów o kinie nie pławi się we własnej próżności. Mimo że na tapecie mamy ludzi ze świecznika, to tematy poświęcenia i rodziny są ujęte tak subtelnie i ponadczasowo, że zdecydowanie wyrastają poza konkretną branżę, a cała kinofilska otoczka zdaje się koniec końców jedynie miłym dodatkiem.

Istotnym motywem w filmie jest także nieodzownie skorelowana z prawdą pamięć i jej mitotwórcza rola. "Nie można ufać własnej pamięci", mówi w pewnym momencie jedna z postaci do drugiej - zafiksowanej na jedynie słusznej wizji przeszłości. W Polsce, gdzie racja zawsze jest "najmojsza", politycy odmieniają "prawdę" przez wszystkie przypadki, a historię pisze się pod dyktando jednej opcji, to zdanie wybrzmiewa szczególnie mocno.

Najbardziej zdumiewa jednak, jak bardzo francuski film - praktycznie pod każdym względem: treści, formy, humoru, lekkości, prowadzenia aktorów - nakręcił Koreeda, pozostając jednocześnie wiernym własnej stylistyce i ulubionym tematom. Prowokuje to kolejne pytania o prawdę. Bo jeżeli Japończyk może być równie, jeśli nie bardziej francuski niż Francuzi, to czy "kino francuskie" nie jest li tylko mitem, fałszywym wyobrażeniem? Z drugiej strony, czym innym ma być, skoro samo kino jest sztuką iluzji i opiera się na ułudzie?

Czasem poprzez fikcję można powiedzieć więcej prawdy niż przez niejedne fakty. Taka... prawda.

"Prawda", Francja / Japonia 2019, reż. Hirokazu Koreeda, dystrybucja: Velvet Spoon