Maciej Kawulski, twórca „Underdoga” część pracy domowej po poprzedniej premierze odrobił, części jeszcze nie. Ale krok po kroku zmierza w stronę klasycznego kina rozrywkowego, które ogląda się przyjemnie, bez odwracania głowy, bo coś się warsztatowo nie zgadza. Punktem wyjścia jest tu scenariusz, który łączy w sobie kino sensacyjne, podróż sentymentalną, wątki miłosne, przyjaźń.

Reklama

Wszystko to znamy przecież z światowego kina gangsterskiego. Chłopiec z dobrej rodziny, w której ojciec uczciwie i ciężko zarabia na chleb, przeżywa fascynację światem przestępczym. Poznaje jego reguły, przechodzi poszczególne etapy struktury, by stanąć na szczycie, zostać głową mafii. W tle pojawiają się kobiety i seks, narkotyki, strzelają pistolety i latają banknoty. Wszystko to u Kawulskiego się zgadza.

Scenariusz musi udźwignąć reżyser, ale bez dobrej obsady nie sukcesu nie będzie. Marcin Kowalczyk jako główny „Bohater” w duecie z dobrze mu znanym Tomaszem Włosokiem mają za zdanie dźwignąć relację, której losy będą główną osią fabuły przez cały film. Prawdziwa, lekko nawet przerysowana w swej autentyczności, męska przyjaźń połączona z schematem boss i jego prawa ręka, została odtworzona bardzo dobrze. Ten duet aktorski aż prosi się o dalsze eksploatowanie - to, że panowie się rozumieją jest oczywiste.

Zaskoczeniem na plus jest rola Natalii Szroeder, która ma zadanie być kobietą bossa. W scenariuszu brawurowych szarż przed piosenkarką nie postawiono, ale krzywdzącym byłoby jakiekolwiek utyskiwanie na jej grę. Natalia spokojnie może myśleć o pozostaniu na dużym ekranie, podobnie jak jej imienniczka, modelka. Natalia Siwiec daleko od swego wizerunku nie jest, choć niektóre jej kreacje i fryzury wywołują, zgodnie z zamierzeniami twórców, uśmiech na twarzy. Pani Siwiec grała za mało, by móc o niej mówić jako o aktorce, ale nie czuło się dysonansu, nie patrzyło się na nią przez pryzmat pobłażania dla naturszczyków.

Materiały Prasowe

Dalsze plany to ciepła sympatyczna i jak zwykle dobra rola Adama Woronowicza, wariackie, ale solidnie odegrane kreacje Piotra Roguckiego i Janusza Chabiora. To, co pokazuje Jan Frycz po raz kolejny jest dowodem niezwykłego profesjonalizmu. Niestety – jego rola za blisko jest tego, co widzieliśmy już w „Ślepnąc od świateł” – ci, którzy serial widzieli nie uciekną od oczywistych skojarzeń.

Sentymentalnej podróży od lat 70. XX wieku sprzyja świetna ścieżka dźwiękowa, z wielkimi przebojami zagranicznymi (m.in. Deep Purple, Moby), jak i polskimi z Breakoutem na czele. Sprzyja scenografia. Sceny bardzo brutalne przeplatane są humorem. Bohater, niczym Samuel L. Jackson w „Pulp Fiction” do osób, którym dla zabawy obija ryja mówi powtarzaną wielokrotnie w filmie kwestię.

Reklama

Problem z „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” widać natomiast już patrząc na tytuł. Ta historia jest za długa, wszystko mamy zbyt jasno wyjaśnianie, zbyt tautologicznie i łopatologicznie, nie pozostawiając nic miejsca na choćby trochę licentia poetica. Pół godziny mniej, przyspieszenie, skrócenie i mrugnięcie okiem dla kinomaniaków sprawiłoby, że być może mielibyśmy do czynienia nawet z filmem latami powtarzanym, cytowanym i takim, który jak pokażą w telewizji, to nie przełączamy kanału.

Ale nie, to nie jest złe kino. To solidna porcja rozrywki filmowej. Mocne 6-7/10 – w zależności od tego, co kto lubi oglądać.