Dziennik Gazeta Prawana logo

"Irlandczyk" Martina Scorsesego. Mafia jako park rozrywki [RECENZJA]

21 listopada 2019, 09:10
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Irlandczyk"
"Irlandczyk"/Netflix
W ostatnich tygodniach internet żył cokolwiek wydumanym konfliktem między starą gwardią zasłużonych filmowców a Marvelem. Cały spór zaczął się od zarzutu Martina Scorsesego, że filmy MCU to bardziej park rozrywki niż kino. Trudno zatem o większą ironię, gdy ten sam Scorsese daje nam teraz swoje "Avengers".

"Irlandczyk" trwa trzy i pół godziny, dużo więcej niż którykolwiek z kilkudziesięciu już filmów Marvela, często (i słusznie) krytykowanych za przerost formy nad treścią. Epicki rozmach to jednak niejedyna zbieżność. I nie najważniejsza. Kluczowe nie są też występujące w obu uniwersach sceny przerysowanej przemocy przetykanej zabawnymi bon motami. Ani nawet sporadyczne slow motion (!) w scenach zbiorowych. Albo kontrowersyjne efekty odmładzające, które w umownych fabułach science fiction jakoś łatwiej przełknąć niż w kinie roszczącym sobie pretensje do realizmu. W konwencji MCU komputerowo odmłodzeni Kurt Russell, Michael Douglas czy Samuel L. Jackson nie razili tak bardzo, jak młody Robert De Niro w "Irlandczyku". Szczególnie za sprawą jego martwych niebieskich oczu lądujemy w tzw. dolinie niesamowitości. Z czasem idzie się przyzwyczaić, niemniej ten zgrzyt niewątpliwie rzutuje na całościowy odbiór dzieła.

Główne skojarzenie z "Avengers" wynika jednak z czego innego. Z nostalgii. Od pierwszej sceny, gdy kamera wślizguje się do domu spokojnej starości przy dźwiękach "In the Still of the Night" The Five Satins, sadze Scorsesego towarzyszy wrażenie nostalgii, tęsknoty za tym, co było, oraz chęci wspólnego przeżycia "tego ostatniego razu". Również na poziomie metafilmowym. W końcu mówimy o przedsięwzięciu, dla którego Joe Pesci dał się ściągnąć z emerytury. Mówimy o pierwszej od blisko ćwierćwiecza kooperacji De Niro/Scorsese. Mówimy o pierwszym występie Ala Pacino u twórcy "Kasyna". Najważniejsze twarze kina mafijnego w końcu pod jedną banderą. Garniaki, cygara, spluwy - gangsterski lunapark w najlepszym wydaniu. De Niro gra De Niro - wszyscy znamy te grymasy. Pacino gra Pacino - wszyscy znamy te szarże. Rytm, narracja z offu, nawet poszczególne wątki - wypisz, wymaluj "Chłopcy z ferajny". Wszystko się zgadza. Chyba że lubimy być w kinie zaskakiwani, to wtedy nie.

Ale wbrew pozorom problem filmu nie leży w powtarzalności rodem z teorii Mamonia. Scorsese potrafi opowiadać jak mało kto, zaś aktorski dream team też ma niemały udział w tym, że trzyipółgodzinny seans w ogóle się nie dłuży. Sama historia, oparta na biografii cyngla mafii Franka "Irlandczyka" Sheerana (De Niro), opisanej w książce Charlesa Brandta "Słyszałem, że malujesz domy", również ma sporo do zaoferowania. Bohater, prawa ręka bossa Russela Buffalino (Pesci), świadkuje jednej z największych zagadek kryminalnych w dziejach USA - tajemniczemu zaginięciu legendarnego przywódcy związków zawodowych Jimmy'ego Hoffy (Pacino). To okazja, by w parku rozrywki Scorsesego umieścić kolejne atrakcje - ukochane przez Amerykanów teorie spiskowe. Sprawa Hoffy, prezydentura i zabójstwo JFK, afera Watergate, inwazja w Zatoce Świń na Kubie - za wszystkim stoi Cosa Nostra. Mafia pisze historię XX-wiecznych Stanów, analogicznie jak w "Amerykańskim spisku" Jamesa Ellroya.

Scorsese ewidentnie chce z tego materiału zrobić swojego "Ojca chrzestnego" - epicką opowieść o rodzinie, dziedzictwie, przemijaniu. Szkopuł w tym, że w pewnym momencie balans między codziennością gangstera a Wielką Historią zostaje zachwiany - dobrą godzinę zajmuje wątek Sheerana krążącego z wiadomościami od mafii do Hoffy i z powrotem. Nie pomaga też, że Sheeran jest bohaterem pasywnym, swoistym Forrestem Gumpem światka przestępczego, rzucanym przez los od jednego punktu zwrotnego w dziejach Ameryki do drugiego. Jego relacje z każdą inną postacią - Hoffą, Buffalino, córką - nakreślone są pobieżnie, niczym, o ironio, w "Avengers", mimo że z ekranu - też jak tam - pada wiele doniosłych słów o przyjaźni i zażyłości.

To paradoks, ale rozbuchany czas projekcji okazuje się niewystarczający dla zbudowania więzi emocjonalnej widza z bohaterem - poniekąd dlatego, że w filmie o Sheeranie zbyt dużo miejsca zajmuje "film o Hoffie". Skoro i tak mówimy o projekcie dla Netflixa, trzeba było jednak postawić nie na jednorazowe trzy i pół godziny, a na trzy sezony. W obecnym kształcie "Irlandczyka" oczywiście warto zobaczyć, ale pokochać jak Irlandię nie sposób.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj