Ale jak to możliwe? Facet od "Kac Vegas", czyli Todd Philips, bierze na warsztat ikonę popkultury i z filmem "Joker" wygrywa daleki od komercji, artystyczny i wpływowy festiwal w Wenecji, a o "Jokerze", o tym pogardzanym, bo przedstawicielem świata komiksu, bohaterze mówi się jako o murowanym kandydacie do Oscarów.

Tym bardziej że przedstawiciele świata DC i powiązanego z nimi Warnera stanęli pod ścianą. Kiedy konkurencyjne uniwersum Marvela rozwija się zbyt szybko, jego filmy zostają liderami na liście kasowych przebojów wszech czasów, ciężko – w wyścigu zbrojeń – ścigać się na superbohaterów. DC i Warner zrobili więc rękoma Philipsa film na wskroś ludzki, przejmujący, momentami wzruszający, a jednocześnie przerażający.

Ten film to oczywiście wielka, historyczna, momentami wymykająca się klasyfikacjom rola Joaquina Philipsa. Jako Joker jest i psychopatą, i zagubionym przez traumę dzieciństwa wrażliwcem, i bezwzględnym mordercą, i kochającym, ukradkiem wzdychającym mężczyzną. Jak radzić sobie z zagubieniem osobowości w świecie wypełnionym pogonią za sukcesem? Jak przetrwać w miejskiej dżungli wiedząc, że sposób prywatny sposób postrzegania świata tak bardzo różni się od tego, jak robi to otoczenie? Phoenix ekspresyjnie odnajduje się aktorsko pośród tych pytań. I pokazuje, że dla wielu ludzi ucieczką od brutalności świata jest założenie maski.

Joaquin Phoenix zrobił rzecz niemożliwą. Z pozoru nie da się zapomnieć, jak wspaniałą kreację stworzył wciąż opłakiwany Heath Ledger. Ale znalazł on godnego następcę.
Jakby tego mało, mamy trzy wspaniałe role drugoplanowe. Robert De Niro jako gospodarz wielkiego telewizyjnego show, Frances Conroy (pamiętacie ją jako matkę-wdowę z "Sześciu stóp pod ziemią") jako matka Jokera, oraz Zazie Baetz – odpowiedzialna samotna matka i sąsiadka tytułowego bohatera.

To film z wieloma aluzjami. Zarządzający Gotham polityk to Thomas Wayne, ojciec Bruce'a. I choć w "Jokerze" jest brunetem, to gestami, fryzurą i rysem charakterologicznym mocno przypomina oczywiście Donalda Trumpa. Ale to rys polityka, który nie liczy się z ludźmi, protestujących nazywa klaunami, ma biografię, którą ukrywa przed światem, przez co może być porównany do wielu możnych tego świata.

Kontrast pomiędzy nim a Jokerem pokazuje z kolei, jak łatwo rządząc i zapominając, momentami pogardzając ludźmi, doprowadzić do wybuchów społecznych, a nawet narodzenia się ekstremizmów. Todd Philips, ten sam hochsztapler od śmiesznego, ale przecież też momentami bardzo ludzkiego "Kac Vegas", w jednej z końcowych scen daje też do myślenia, prezentując, jak łatwo dać się zmanipulować. Jak łatwo przypadkowy bohater zostaje symbolem i jak naiwnie można podążyć za buntem, nie wiedząc do końca, kto jest mistrzem marionetek.

"Joker" to film wielopłaszczyznowy, do kilkukrotnego oglądania. Zapewne klasyk w dniu premiery, mimo kontrowersji, które się pojawiają. To film bardzo ludzki, poruszający nasze najskrytsze pragnienia i lęki.

Jest w tym filmie scena, która na pewno zostanie kultową. Joker tańczy na schodach w poczuciu wolności, a w tle słyszymy klasyczną kompozycję skomponowaną przez muzyka wyklętego (pedofil Gary Glitter). I zadajemy sobie pytania najważniejsze. O granice wspomnianej wolności, o los osobowości, których psychika do tego świata się nie nadaje. I o rzecz, oprócz miłości, w mym poczuciu najważniejszą w sztuce od lat – granicę pomiędzy zbrodnią i karą, siłą odpowiedzialności i granicami represji państwa lub społeczeństwa wobec jednostki.

To jest wielki, poruszający i wzruszający film. Zobaczcie koniecznie.