Tych niespotykanych przypadków, wskazujących jednak na pewien trend, jest więcej: nigdy wcześniej się nie zdarzyło, by dwa lata z rzędu po Złotą Palmę sięgali twórcy z Dalekiego Wschodu. Tymczasem nie dość, że najważniejszy canneński laur przyznano poprzednio japońskim "Złodziejaszkom" Hirokazu Koreedy, zaś w tym roku właśnie koreańskiemu "Parasite", to jeszcze oba filmy łączy motyw ludzi z marginesu. Z tym że tam, gdzie u Japończyka mamy charakterystyczny dla niego ciepły dramat w konwencji zen, Koreańczyk proponuje - także w swoim stylu - wybuchową mieszankę czarnej komedii, makabry i ciętego komentarza społecznego.

Topos walki klas patronuje "popowej" twórczości Joon-ho od samego początku. Mało kto tak finezyjnie przemyca antykapitalistyczne protesty pod płaszczykiem fantastyki, jak reżyser filmów "Okja", "Snowpiercer: Arka przyszłości" czy "The Host: Potwór". Fenomenalny "Parasite", z doskonale zainscenizowaną wielopiętrową intrygą, stanowi jego opus magnum.

Film zderza ze sobą dwie diametralnie różne rodziny. Kimowie zamieszkują obskurną piwnicę w zatęchłym zaułku, Parkowie - przestronną rezydencję. Ci pierwsi ledwie utrzymują się ze składania pudełek na pizzę, ci drudzy opływają w luksusy, przerzucając obowiązki na szofera i gosposię. W świecie zaprojektowanym przez bezdusznego architekta tak, by rodzina z żurnala i rodzina z rynsztoka nigdy się spotkały, niespodziewanie następuje błąd systemu. A wraz z nim przyczynek do najbardziej oryginalnego thrillera "home invasion" od czasu "To my" Peele'a.

Na tym jednak podobieństwa się nie kończą. To zdumiewające, jak wiele oba filmy mają wspólnego, mimo że przecież powstawały całkowicie niezależnie. Motywy pasożytów i żywicieli, doppelgängerów, ludzi cienia żyjących pod ziemią, przejmowania tożsamości. Ale i alegorie polityczne - aby zobrazować "odwrócony kraj", ropiejący pod lśniącą powierzchnią niczym niezagojona rana, Peele wykorzystuje symbolikę systemu kanałów i sieci przerzutowych z czasów niewolnictwa, Joon-ho - bunkrów z czasów wojny japońsko-koreańskiej. "Great minds think alike" - i tylko tyle, bowiem Joon-ho gra w swojej własnej lidze, absolutnie wyjątkowej.

Trudno stwierdzić, co robi większe wrażenie - misternie utkana fabuła "Parasite" czy mistrzowska forma. Zachwycają zdjęcia Honga Kyung-pyo, który fotografował także zeszłoroczne "Płomienie", inną wybitną hybrydę gatunkową o nierównościach społecznych. Scenografia Lee Ha-juna od pierwszych scen sprzedaje nam więcej informacji o obu rodzinach niż słowa padające z ekranu - choć cała struktura opiera się również na błyskotliwych dialogach, w tym aluzjach do Korei Północnej, kolejnego "pasożyta", którego dotyczy metaforyczny tytuł.

W wymiarze uniwersalnym dotyczy on zresztą nas wszystkich, bo i wszyscy jesteśmy zależni od drugiego człowieka, mamy zakodowane przetrwanie i rywalizację, niezależnie od sytuacji ekonomicznej. Joon-ho - znów analogicznie jak amerykański kolega - opowiada o specyficznie lokalnych problemach, ale zarazem podstawia nam lustro. Możemy się zawstydzić tym, co w nim zobaczymy.

"Parasite", Korea Południowa 2019, reż. Bong Joon-ho, dystrybucja: Gutek Film