"To: Rozdział 2" nie jest sequelem sensu stricto. Ani nawet drugą częścią w tradycyjnym rozumieniu. To integralny segment całości. Kingowskiej kolubryny nie sposób upchnąć w sensownym metrażu za jednym podejściem, stąd też decyzja o rozszczepie, mimo że naturalnie na rękę wytwórni, nie wynika bezpośrednio z pobudek marketingowych (patrzę na ciebie, "Hobbicie"). Tak było w telewizyjnej adaptacji z 1990 roku i tak jest teraz.

Czego natomiast nie było we wcześniejszej wersji, to ikonicznego dla powieści wątku zabójstwa na tle homofobicznym, który pisarz oparł na prawdziwym wydarzeniu ze swoich rodzinnych stron. Tymczasem u Muschiettiego scena skatowania Adriana Mellona (Xavier Dolan) otwiera kontynuację, co okazuje się świetnym zabiegiem z kilku względów.

Po pierwsze, zmyślnie uzasadnia powrót Pennywise'a (Bill Skarsgård), złowieszczej siły żywiącej się strachem i złą energią. Po drugie, bez zbędnej ekspozycji oddaje naturę zapyziałego miasteczka Derry, w którym od lat 80. czas najwyraźniej stanął w miejscu. Po trzecie, z miejsca zakorzenia opowieść we współczesnych realiach. Chciałoby się dodać - niestety, bowiem wspomniana zbrodnia z nienawiści, przywodząca na myśl teledysk "Take Me to Church" Hoziera, składa się na najmocniejszą scenę w całym filmie. Znamienne, że potem już tylko sceny przemocy domowej robią podobnie nieprzyjemne wrażenie. Piekło to my, nie żadne klauny czy cyfrowe potwory - bez których akurat film mógłby się śmiało obyć.

Identycznie zatem jak poprzednio, czysty horror stanowi tu ostatnią z atrakcji. W emocjonalnym epicentrum niezmiennie znajduje się Klub Frajerów, dziś już blisko trzy dekady starszych. W pierwszym rozdziale, kiedy byli dziećmi, uosabiający ich lęki Pennywise robił za metaforę strachu przed przyszłością - przed dorastaniem, żałobą, odpowiedzialnością, pierwszą miesiączką. Dorośli bohaterowie muszą się z kolei zmierzyć ze strachem przed przeszłością. Wymuszony powrót do Derry, miejsca, które usilnie próbowali wyprzeć z pamięci, jest dla nich zarazem powrotem do punktu wyjścia. Niczego się nie nauczyli przez te wszystkie lata, nie przepracowali traumy. No i - co równie istotne dla przesłania - zerwali kontakt, rezygnując tym samym z jedynego wsparcia, na jakie mogli liczyć.

Trzeba przyznać, że wybory życiowe całej siódemki, nieco uwspółcześnione przez scenarzystę, są z psychologicznego punktu widzenia dość grubo ciosane, choć efektowne. Bill (James McAvoy), który w dzieciństwie stracił brata, jest dziś wziętym hollywoodzkim scenarzystą i autorem poczytnych horrorów, powszechnie ganionych wszak za zakończenia - co skądinąd ironicznie nawiązuje do krytyki samego Stephena Kinga. Beverly (Jessica Chastain) zamieniła przemocowego ojca na przemocowego męża, hipochondryk Eddie (James Ransone), obecnie odnoszący sukcesy w branży zarządzania ryzykiem (!) - toksyczną matkę na toksyczną żonę. Ritchie (Bill Hader), niegdyś naczelny dowcipniś paczki, jest stand-uperem. Najbardziej tchórzliwego Stanleya (Andy Bean) wciąż paraliżuje strach, zaś Mike (Isaiah Mustafa), ze swoją niezdolnością do wykonania kroku naprzód, jako jedyny pozostał w Derry. I tylko Ben (Jay Ryan), kiedyś niezdarny i otyły fan New Kids On The Block, zdaje się spektakularnie odmieniony fizycznie i psychicznie. Bez trudu można jednak uwierzyć, że to wciąż ta sama postać.

Casting jest w ogóle czołowym atutem filmu. Paradoksalnie najmniej przekonująco wypada największe nazwisko w obsadzie - McAvoy, nie tylko dlatego, że nijak nie przypomina dawnego "siebie" z wyglądu; chodzi też o ekspresję, rytm postaci. Rewelacją jest za to Hader, który obficie czerpie ze swojej naturalnej vis comica, ale i przejmująco potrafi wydobyć ukryty dramat Ritchiego.

O ile jednak prawie każdy dorosły odtwórca osobno wypada znakomicie, o tyle między bohaterami nie ma już takiej chemii, jak w przypadku aktorów dziecięcych - którzy na szczęście znów mogą się wykazać w licznych retrospekcjach. Tylko czy ten brak więzi emocjonalnej aby na pewno jest zgrzytem? W końcu zostaje fabularnie uzasadniony długą rozłąką, a co więcej - całkiem zgrabnie sprzedaje motyw przemijania. "Jeśli będąc dziećmi, uczymy się żyć, to będąc dorosłymi, uczymy się umierać" - pisał King, akurat w "Christine", ale pasuje i tutaj. Bo w końcu "To", jak wiele innych innych książek mistrza, jest nade wszystko opowieścią o dojrzewaniu, tyle że schowaną pod płaszczykiem grozy.

Choć więc do filmu można mieć sporo zastrzeżeń - bo mimo wszystko mógłby być straszniejszy, narracyjnie chwilami gubi tempo, a finałowe starcie z klaunem jest przeciągnięte niczym scena pożegnania w "Powrocie Króla" - to jednak wszystkie one bledną w obliczu faktu, że autorom, jak w rzadko której ekranizacji, udało się oddać ducha Kinga. Jego wyjątkowy humanizm.

"To: Rozdział 2", Kanada / USA 2019, reż. Andy Muschietti, dystrybucja: Warner