"Spider-Man: Daleko od domu" wieńczy trzecią fazę MCU, co okazuje się odświeżającym pomysłem po emocjonalnym ciężarze ostatnich "Avengers". Podobnie bowiem jak "Homecoming", nowy "Pająk" to nade wszystko młodzieżowa komedia romantyczna w kostiumie superhero. I choć akcja rozgrywa się bezpośrednio po "Końcu gry", tonacja jest nieporównywalnie lżejsza, a do klimatu rodem z Johna Hughesa dochodzi tym razem także humor spod znaku rodziny Griswoldów - scenarzyści fundują bohaterowi klasową wycieczkę po Europie, od Wenecji przez Berlin i Pragę po Londyn.

Nie znaczy to, że film nie koresponduje z poprzednikiem. Poległy Tony Stark, mentor Petera, jest tu wciąż obecny - we wspomnieniach, na muralu, w oglądanym w samolocie dokumencie "Stark: The Story of an American Hero". Cały ten hołd odbywa się jednak nienachalnie, jakby mimochodem i nierzadko dowcipnie - jak w otwierającym film szkolnym memoriale, zmontowanym nieporadnie do przeboju "I Will Always Love You" Whitney Houston.

Ale w wątku Starka nie chodzi tylko o ołtarzyk. Peter (Tom Holland z niezmiennym młodzieńczym entuzjazmem potwierdza, że jest najlepszą aktorską inkarnacją Spideya) musi się zmierzyć z dziedzictwem Tony'ego i tym samym odnaleźć własną tożsamość. Dostajemy więc klasyczne "z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność" przefiltrowane dodatkowo przez relację mistrz-uczeń - Parker stopniowo wyzbywa się egoizmu na rzecz służby ludzkości w bardzo podobny sposób, jak czynił to Stark w inicjującym całą franczyzę "Iron Manie" z 2008 roku. Z tą różnicą, że tutaj mamy do czynienia ze "zwykłym 16-latkiem z Queens", jak sam siebie określa, nie zblazowanym milionerem.

Zwykły nastolatek ma też oczywiście zwykłe nastoletnie pragnienia - podczas eurotripu zamierza wreszcie przełamać nieśmiałość i wyznać uczucie MJ (urokliwie depresyjna Zendaya w rozkroku między łatwą powtórką z "Homecoming" a ambitnym treningiem do serialu HBO "Euforia"). Jako że jednak trzeba oddać Marvelowi co Marvelowskie, młodzieńcze amory będą musiały poczekać, gdy zjawi się Nick Fury (Samuel L. Jackson) z propozycją nie do odrzucenia i zacznie się obligatoryjna rozpierducha. Który to już raz sceny walki w CGI okazują się najmniej zajmującym elementem filmu Marvela? Trzeba jednak przyznać, że sekwencje pojedynku na kilku poziomach wirtualnej rzeczywistości - gdzie widać wyraźny wpływ "Spider-Man Uniwersum" - wyglądają bosko.

To zresztą niejedyne odniesienie do wybitnej animacji z zeszłego roku - z alternatywnego wymiaru przybywa też wróg. A przynajmniej tak twierdzi. Mysterio (tradycyjnie świetny Jake Gyllenhaal) to kolejny po Vulturze z poprzedniej pajęczej części - ale też po antagoniście z horroru "Laleczka" - wyzyskany pracownik, trybik w korpomachinie upokorzony przez kapitalizm. Rozchwiany i niebezpieczny, dysponujący armią dronów i czymś jeszcze potężniejszym - fake newsami, a nawet technologią deep fake - Marvel zdecydowanie nadąża za rzeczywistością.

Zagrożeniem okażą się także żywiołaki - spersonifikowane siły ognia, wody, ziemi i powietrza - niszczące wszystko na swej drodze, od meksykańskiej wioski po londyński Tower Bridge. To naturalnie symboliczne nawiązanie do globalnego ocieplenia. Co więcej, nawiązanie niegłupie i niejednoznaczne, bo po pierwsze okazuje się, że w powstanie żywiołaków ingerował człowiek, a po drugie - strach przed globalnym ociepleniem wykorzystuje się tu w charakterze narzędzia kontroli nad życiem i decyzjami innych.

Wreszcie - kiedy ostatnio film superbohaterski utyskiwał, że ludzi nie interesuje dziś nic poza superbohaterami? Cmokamy z uznaniem nad tą autoironią, ale przecież na kolejnego Marvela z czwartej już fazy też masowo ruszymy. Pięknie nas biorą pod włos.

"Spider-Man: Far from Home", USA 2019, reż. Jon Watts, dystrybucja: UIP