"Tej zagłady, która szła wtedy, nie zrobili żadni naziści, tylko zrobiły ją Niemcy hitlerowskie", stwierdził Mateusz Morawiecki podczas styczniowych obchodów 74. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Premierowi nie chodziło rzecz jasna o to, by zanegować nazizm. Chciał tylko koniecznie położyć nacisk na narodowość sprawców.

To bardzo popularna narracja na prawicy, zwykłej traktować "Niemców" i "nazistów" synonimicznie, a zarazem podtrzymywać mit, jakoby niedookreślenie tego drugiego słowa rozmywało odpowiedzialność państwa niemieckiego za zbrodnie z czasów II wojny światowej.

Tyle że Niemcy nigdy nie odżegnywały się od winy. Przeciwnie - Angela Merkel i inni czołowi politycy zza Odry niejednokrotnie podkreślali, że odpowiedzialność za Holokaust jest wyłącznie niemiecka. Nawet wtedy, gdy teoretycznie, w myśl prawicowych teorii spiskowych, na rękę byłoby im milczeć. Kiedy przed trzema laty Benjamin Netanjahu w jednej ze swych antypalestyńskich tyrad wyszedł z tezą, że Hitler chciał początkowo jedynie wysiedlić Żydów z Niemiec, a do ich eksterminacji namówił go wielki mufti Jerozolimy, krytyczna reakcja kanclerz była natychmiastowa.

Tak więc to nie Niemcy chowają się za "nazistami", mimo że w ludobójstwo zaangażowanych było przecież wiele narodowości. To takie wypowiedzi jak ta Morawieckiego bagatelizują nazizm, którego ofiarą padły także setki tysięcy Niemców - chorych, niepełnosprawnych, homoseksualnych.

W istocie jest ogromna różnica między Niemcem a nazistą, bo zbrodniczą ideologię może wyznawać każdy, niezależnie od narodowości. I chodzi tu nie tyle o semantykę, ile o mentalność. "Niemcy nie mordowali dlatego, że byli Niemcami, ale dlatego, że byli nazistami", zauważył kiedyś Adam Traczyk, prezes think-tanku Global.Lab. I o tym właśnie opowiada "Kapitan".

Film jest koprodukcją polsko-niemiecką. Część zdjęć kręcono na Dolnym Śląsku, na terenie lotniska w Mirosławicach nieopodal Sobótki. Za efektowny montaż odpowiada Michał Czarnecki ("Czas honoru", "Miasto 44", ostatnio "1983" i "Obywatel Jones" Agnieszki Holland), za realistyczne kostiumy - Magdalena Jadwiga Rutkiewicz-Luterek ("Wołyń", "Kler").

Punkt wyjścia stanowią autentyczne wydarzenia, do których doszło w ostatnich miesiącach wojny na terenie III Rzeszy. Dziewiętnastoletni Willi Herold (ciekawy Max Hubacher, znany już polskim widzom z roli piłkarza-geja w łamiącym tabu dramacie "Mario") dezerteruje z Wehrmachtu. Ścigany i zaszczuty, dzięki przypadkowemu znalezieniu munduru w porzuconym samochodzie przywdziewa tożsamość kapitana Luftwaffe. W trakcie podróży podaje się za wysłannika samego Führera, co pozwala mu werbować ludzi i zyskiwać przychylność wysoko postawionych oficerów. Uniform dający władzę, niczym symbiont pasożytujący na swoim żywicielu, stopniowo zmienia niedoszłą ofiarę w oprawcę.

Jest w tym koncepcie coś z radzieckiego arcydzieła "Idź i patrz" Elema Klimowa o nastoletnim chłopcu odzieranym z człowieczeństwa poprzez samo świadkowanie pacyfikacji białoruskich wsi. Ale jeszcze więcej jest z niemieckiego "Eksperymentu" Oliviera Hirschbiegela, późniejszego twórcy "Upadku" o Hitlerze. Ten thriller oparty na kontrowersyjnym amerykańskim doświadczeniu z lat 70., gdzie podzielono grupę zwykłych obywateli na więźniów i strażników, co w efekcie wymknęło się spod kontroli, opowiadał o tym, jak status może uderzyć człowiekowi do głowy. Oczywiście o tym, co władza robi z człowiekiem, mówił już "Hamlet", niemniej "Kapitan" budzi skojarzenia właśnie z "Eksperymentem" nie tylko niemieckim sztafażem, ale i poprzez symbolikę munduru jako artefaktu mocy.

Jednocześnie, inaczej niż w obu wspomnianych filmach, nie jest jasne, czy szeregowy Willi Herold wcześniej był niewinny, czy też zawsze miał socjopatyczne skłonności, które nowa tożsamość tylko uwydatniła. Może gdyby nie okrutne okoliczności sprzyjające zezwierzęceniu, Herold poszedłby raczej drogą innego znanego dezertera z Wehrmachtu, niejakiego Josefa Ratzingera? Ile jest przypadku, a ile wyboru w postępowaniu "kapitana"? Te pytania Schwentke pozostawia do refleksji widzów.

Widać przy tym, że reżysera nie interesuje epatowanie przemocą. Choć na ekranie co rusz dochodzi do szokujących aktów terroru, przeważnie są one ukazywane "domyślnie", poza kadrem. Elegancki czarno-biały filtr nie tylko pracuje na rzecz retrostylizacji, ale i poniekąd odrealnia potencjalnie krwawe wydarzenia.

Inna sprawa, że chwilami Schwentke celowo idzie w groteskę. Kapitański mundur jest ewidentnie za duży na bohatera, a on sam - za młody, by dochrapać się tej rangi; wrażenie wzmacnia dodatkowo chłopięca twarz Hubachera. A jednak specjalnych podejrzeń to nie budzi, bowiem niemieccy oficjele są wystarczająco spanikowani z powodu nadciągających aliantów tudzież zdruzgotani widmem ostatecznej klęski. Perspektywa rychłego końca wojny paradoksalnie odbiera większości z nich... radość życia. Innej egzystencji wszak już nie znają bądź nie pamiętają. Nazistowskie mundury dały im licencję na zabijanie i zamknęły drogę powrotną do bycia "po prostu" Niemcami.

"Kapitan", Niemcy / Polska / Portugalia / Francja 2017, reż. Robert Schwentke, dystrybucja: Aurora Films