Za książką, która zarówno biła rekordy obecności na zaoceanicznych listach bestsellerów, jak i zdobyła szereg nagród literackich, stoi debiutantka Angie Thomas. Młodą pisarkę zainspirowała ta sama tragedia, która legła u podstaw kinowego debiutu Ryana Cooglera (reżysera nominowanej właśnie do siedmiu Oscarów "Czarnej Pantery"), czyli "Fruitvale Station".

W Nowy Rok minęło dokładnie dziesięć lat od wydarzeń na stacji kolejowej w Oakland, kiedy to Oscar Grant, nieuzbrojony czarny chłopak, poniósł nonsensowną śmierć z rąk białego policjanta. Thomas, Afroamerykanka z Mississippi, była wówczas studentką pisującą opowiadania fantasy do szuflady. Fala morderstw w świetle prawa w kolejnych latach i powstały w następstwie ruch Black Lives Matter utwierdziły początkującą autorkę w przekonaniu, by odejść od fantastyki i przelać na papier autentyczne doświadczenie swojego pokolenia. Przemówić do młodych ich językiem. Pokazać dystopię rodem nie z "Igrzysk śmierci", lecz ze zwykłego osiedla.

Inspirację podsunął także hip-hop, społeczny głos czarnej Ameryki. Oryginalny tytuł powieści i filmu, "The Hate U Give", to częściowe rozwinięcie akronimu T.H.U.G.L.I.F.E. (dosłownie: bandyckie życie) stanowiącego credo 2Paka, kultowego rapera zastrzelonego w wieku zaledwie 25 lat. Pełne rozwinięcie skrótowca to "The Hate U Give Little Infants Fucks Everybody", co w wolnym tłumaczeniu można przełożyć na "Nienawiść zaszczepiana dzieciom infekuje wszystkich". Taka zupełnie niegłupia "filozofia ulicy".

Tej nienawiści już w prologu ekranizacji próbuje przeciwdziałać Maverick (Russell Hornsby), ojciec bohaterki. W książce jest to z kolei retrospekcja przywołana w drugim rozdziale: "(...) rozmowa dotyczyła tego, co robić, kiedy zatrzyma mnie policja. Mama była przeciwko, próbowała przekonać tatę, że jestem jeszcze na to za młoda. On jednak argumentował, że na pewno nie jestem za młoda na to, żeby mnie aresztować albo zastrzelić".

Oto rzeczywistość Starr (Amandla Stenberg), jednej z wielu czarnych nastolatek zmuszonych do przyspieszonego dojrzewania. Dziewczyna mieszka w szemranej dzielnicy opanowanej przez gangi narkotykowe, ale przynajmniej, w przeciwieństwie do wielu rówieśniczek, uczęszcza do prywatnego "białego" liceum w innej części miasta. To przywilej posiadania kochających rodziców, choć paradoksalnie także przekleństwo - bohaterka rozdarta między dwoma światami musi co rusz udawać kogoś, kim nie jest: inaczej mówić, ubierać się i zachowywać.

Podobnie jak autorka powieściowego pierwowzoru, reżyser George Tillman Jr. ("Soul Food") porusza problem ukrywania się za przybranymi pozami, ukazując drogę do odkrycia własnej tożsamości. Przebudzenie Starr nastąpi niestety w dramatycznych okolicznościach, ustawiających bohaterkę w roli świadkini zabójstwa. Po tym, jak jej przyjaciel z dzieciństwa zostanie zabity przez białego stróża prawa (w analogicznej scenie jak we "Wdowach" Steve'a McQueena; taki mamy klimat), dziewczyna zacznie kontestować zastany (nie)porządek i przejrzy na oczy w wielu kwestiach.

Film świetnie obrazuje taki codzienny, podskórny, często nieintencjonalny rasizm. Przede wszystkim w wersji "szkolnej", gdy białe dzieciaki udają czarnych, bo to fajne i modne, ale w "momencie próby" użalają się jednak nad losem białego policjanta, który pociągnął za spust wskutek "nieszczęśliwego wypadku". A gdy nawet idą na marsz przeciw brutalności policji, to ich entuzjazm wynika nie z przekonania, lecz z możliwości urwania się z lekcji.

Jest też rasizm "medialny", profilujący kryminalnie czarnych. Ten wątek akurat w filmie nakreślono pobieżnie, choć jeden gest czy mina doskonale obsadzonej Stenberg częstokroć znaczą tyle, co cały passus książki. Na przykładki taki: "Napinam się, bo ukazuje się reportaż z moich okolic. Mam wrażenie, że wybrali najgorsze elementy z możliwych: narkomani na ulicach, zrujnowane osiedle Cedar Grove, dilerzy w kolorach swoich gangów, ciała leżące na chodniku, przykryte białymi prześcieradłami. A co z panią Rooks i jej ciastami? Panem Lewisem i jego zakładem fryzjerskim? Panem Reubenem? Szpitalem? Moją rodziną? Co ze mną?".

Zasadniczo jednak siła "Nienawiści...", tak książkowej, jak i filmowej, bierze się z bezbłędnego połączenia poważnych tematów rasy, różnic klasowych czy nadużyć władzy z uniwersalnymi motywami młodzieżowymi, jak pierwsza miłość, szkolna drużyna koszykówki, bal maturalny, przedstawienie chłopaka ojcu etc. Stąd też przefiltrowanie toposów "young adult" przez wrażliwość czarnej nastolatki wcale nie umieszcza filmu w, nomen omen, getcie "kina dla wybranych". Owszem, dorosłych widzów mogą nieco razić uproszczenia fabularne i deklaratywne dialogi, za to dla nastolatków forma i język powinny być atrakcyjne, a przesłanie - zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną.

Ponad wszystko bowiem "Nienawiść..." wzywa młodzież do walki o swój własny głos, o swoje "ja", oraz zachęca do aktywizmu, może nie od razu literalnie do wyjścia na ulice, ale na pewno do społecznej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Choćby obcego, choćby "innego". Każdy nastolatek powinien to zobaczyć, uprzywilejowany biały tym bardziej. I szczególnie z kraju, gdzie nienawiść jest doktryną polityczną.

"The Hate U Give", USA 2018, reż. George Tillman Jr., dystrybucja: Imperial Cinepix